Gdynia Chylonia ul. św. Mikołaja 1, tel. 58 663 44 14

Kategoria: Teksty ks. J. Sochy (Strona 4 z 5)

Sakrament dla wystarczająco słabych

      Ojciec Joachim Badeni usłyszał kiedyś w konfesjonale: „Ty chamie, ty parobku, jak ty żyjesz?”. Miał wtedy dwadzieścia dwa lata. Jak twierdził było to prawdą, ale źle powiedzianą[1]. Następnie w czasach swej młodości chodził do spowiedzi dwa razy w roku i czynił to tylko ze względu na rodzinę. Tamte spowiedzi, choć były ważne, wprowadziły w jego życie lęk. O. Badeni podkreślał, że było tak, bo nic nie wiedział o Duchu Świętym.
 

        Gdzie jest Duch Święty w spowiedzi św.?
       Ewangelia mówi nam, że pewnego dnia Maria z Betanii namaściła Jezusa drogocennym olejkiem. Działo się to w domu Szymona Trędowatego. Po rozbiciu naczynia z drogocennym, alabastrowym olejkiem wspomniana kobieta namaściła Jezusa, a przyjemny zapach rozszedł się po całym domu. Maria miała niezwykłą intuicję, co do tego co stanie się z Jezusem na krzyżu. Ciało Jezusa było naczyniem zawierającym najbardziej cenny perfum, którym był Duch Święty. Przebicie ciała Jezusa umierającego na krzyżu było wylaniem Ducha Świętego na cały świat. Duch Święty, w momencie naruszenia ciała Jezusa , jak drogocenny olej, rozlał się na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ludzkości.
Kto może doświadczyć tego Jezusowego „zapachu”? Niezwykle ciekawą odpowiedź daje Jean Corbon, melchicki ksiądz katolicki. Otóż stwierdza on, iż Duch Święty przychodzi do tych, którzy są wystarczająco słabi, by Go przyjąć[2]. Zapytajmy więc dalej, w czym przejawia się owa słabość? Wydaje się, że jest ona związana z otwartością.
      Adrienne von Speyr, XX-wieczna, szwajcarska mistyczka, twierdzi że umierający Jezus był na krzyżu cały dla Ojca i była to postawia spowiedzi, w której Jezus był słaby otwartością[3]. Był całkowicie otwarty na wolę Ojca. Miłość Ojca ogarnęła umierającego Syna i miłosne posłuszeństwo Syna wzniosło się ku Ojcu i tak objawił się „zapach” Ducha świętego. Postawa Jezusa na krzyżu była najpiękniejszą spowiedzią w historii świata. Pełna słabości otwarcia i obecności Ducha[4].
      Od siedemnastu lat pełnię posługę spowiednika i muszę przyznać, iż powyższych prawd wpierw doświadczyłem, a dopiero później zrozumiałem je w sensie teologicznym. Zawsze, gdy ktoś swoją drogę wiary przeżywa autentycznie i odważnie dochodzi do momentu swojego krzyża i z całą otwartością, i prawdą o swojej słabości staje przed Bogiem w sakramencie Pokuty i Pojednania, wtedy dzieje się to, co stało się na krzyżu- woń Ducha Świętego rozlewa się obficie. Słabość otwartości, dzisiaj powiedzielibyśmy duchowa transparentność, staje się przestrzenią działania Ducha. Nie raz miałem okazję zobaczyć jak wielką radość i wolność daje Bóg tym, którzy są słabi otwartością. Dzisiaj wiem, że „poczułem wtedy woń” Ducha Świętego a osoby, które spowiadałem były w tym momencie wystarczająco słabe, by przyjąć Ducha.
     Sakrament Pokuty jest spotkaniem pobitego człowieka z Jezusem Chrystusem, który jak Dobry Samarytanin opatruje rany i namaszcza Duchem Świętym poranionego człowieka. Jako spowiednik czuję się pomocnikiem Samarytanina. Pomagam mu zanieść pobitego do Gospody, którą jest Kościół i tam szukam dla niego mocy i mądrości Bożej. Czasami, by woń Ducha rozlała się w Gospodzie-Kościoła, potrzeba tylko serdecznej obecności i mocy rozgrzeszenia; innym razem potrzeba mądrego słowa i długiej rozmowy, ale zawsze potrzeba otwartości w słabości. Co ważne, owa otwartość w słabości dotyczy zarówno spowiadającego się jak i spowiednika. Spowiednik jeśli chce rozlewać woń Ducha musi, podczas sprawowania sakramentu Pokuty, stawać przed Bogiem ze swoją pustką i słabością, przywołując Ducha Odnowiciela, tak by On mógł „zobaczyć wystarczającą słabość” i w niej zagościć.
 
 
Ks. Jacek Socha



[1] Por. J. Badeni, Czego dusza pragnie. Elementarz duchowy, Kraków 2011, s. 39.
[2] Por. J. Corbon, Liturgia. Źródło Wody Życia, Poznań 2005.
[3] A. von Speyr, Spowiedź, Poznań 1996.
[4] Interesujące jest w tym kontekście stwierdzenie Jan Pawła II, iż uprzywilejowanym miejscem obawiania się Ducha Świętego jest Sakrament Pokuty i Pojednania (Por. Encyklika „Dominum et Vivificantem”)

Dziesięć wskazówek na nowy rok

     Ks. Daniel Berrigan, współczesny amerykański pisarz, jezuita, napisał kiedyś ciekawy tekst zatytułowany: "Dziesięć przykazań na dłuższą metę". Autor postanowił ofiarować czytelnikowi podążającemu długą drogą życia, dotkniętemu czasami zmęczeniem i zniechęceniem, coś co będzie jak światło, które wskazuje właściwy kierunek.

     Myślę, że warto wziąć pod uwagę podpowiedzi o. Berrigan’a zwłaszcza w kontekście rozpoczynającego się nowego roku. Pokazują one w jaki sposób można wcielać chrześcijaństwo w życie. Oto one:

1) Przyznaj się do swoich słabości i ograniczoności. Jesteś stworzeniem, a nie Stwórcą. Nie jesteś Bogiem. Tylko Bóg jest "esse ipsum subsistens" tzn. istotą samowystarczalną. Podobnie jak wszystkie stworzenia jesteś zależny i współzależny. Twoje życie jest darem, a Ty masz swoje granice. Właściwe życie zaczyna się od stwierdzenia: „Nie jestem Bogiem”.

2) Módl się modlitwą słabości, wdzięczności i uwielbienia. Nieustannie się módl. Niech Twoje codzienne życie wypełnia również modlitwa formalna. Przez Chrzest masz udział w kapłaństwie Jezusa. Jesteś więc kapłanem (-nką) i masz się modlić jak kapłan (-ka). W modlitwie ofiarowuj Bogu cały świat. Wznoś ku Bogu cierpienia i radości całej Ziemi. Módl się dziękując, nie tylko za konkretne sprawy, ale także za życie, za światło, za Ziemię i za tych, którzy ciebie kochają.

3) Przyjmij i zaakceptuj chwilę obecną. Niech nic nie okrada ciebie z przeżywania obecnej chwili. Tylko to, co jest, jest realne. Tylko w tym co jest teraz, odnajdziesz radość i miłość.

4) Zaakceptuj to, że nie jesteś doskonały. Nie bądź zbyt twardym dla siebie. Bóg nie ustrzeże ciebie przed upadkami, ale będzie ratował ciebie w upadkach.

5) Bądź zarówno kochającym jak i krytycznym. Jeśli krytykujesz bez miłości, jesteś destrukcyjny. Jeśli kochasz bez bycia krytycznym, jesteś naiwnym. Miłuj i bądź krytycznym. Ze swojego skarbca wyciągaj zarówno to co jest nowe, jak i to co jest stare.

6) Bądź ponadideologicznym, ponadkonserwatywnym i ponadliberalnym, ponadlewicowym i ponadprawicowym. Nie bądź zbyt skomplikowanym i nie bądź zbyt prostym. Patrz szeroko. Nie daj się zaszufladkować.

7) Zachwycaj się tym co piękne i dobre, i błogosław to. Czyń tak nawet wtedy, gdy doświadczasz krzyża. Błogosław piękno świata. Nigdy nie niszcz piękna i dobra, gdyż Bóg jest ich twórcą. Naśladuj Chrystusa w wysławianiu piękna i dobra.

8) Bądź na wskroś katolicki tzn. uznaj że to, wszystko co Bóg stworzył jest dobre i może być drogą do Ojca. To co ziemskie i ludzkie może więc być Boże. Miej przyjaciół, ciesz się życiem i tym, co jest na ziemi.

9) Zaakceptuj to, że się starzejesz. Polegaj więc bardziej na tajemnicy paschalnej, aniżeli na kosmetykach. Pascha mówi, iż to co umiera przynosi jednocześnie nowe, bogatsze życie.

10) Służ prawdziwemu Bogu. On o sobie powiedział, że „jest Miłością”. Kiedyś św. Julianna z Norwich, angielska mistyczka, zapewniała, że Bóg jest uśmiechnięty, całkowicie zrelaksowany i bogaty w szczęście i pokój, którymi chce dzielić się ze swoim przyjaciółmi. Boża twarz jest piękna i promieniuje cudowną miłością.

ks. Jacek Socha

PS Zapraszam do dyskusji na powyższym tekstem
e-mail: jsocha@gsd.gda.pl

„…pozostawić wiele”

Nie tak dawno spotkałem księdza Thomasa ze Szwecji, który przyjechał do Polski na kilka dni i dwukrotnie mieliśmy okazję koncelebrować Mszę św. Podczas jednej z rozmów okazało się, że mój gość jest eksduchownym protestanckim. W pewnym momencie swojego życia, wraz z małżonką, przeszedł na katolicyzm, a następnie przyjął święcenia kapłańskie. Słysząc jego historię stwierdziłem, iż miał bogatą historię powołania, a on potwierdzając dodał: „owszem, ale i musiałem wiele zostawić”. Te słowa zapadły mi bardzo w pamięci. Dlaczego? Myślę, że jest w nich jakieś dotknięcie głębokiej prawdy o życiu każdego człowieka: trzeba zgodzić się na pozostawienie wielu spraw, na utratę, by doświadczyć bogactwa, piękna, głębi i nowości.

Najwyraźniej widać to w śmierci. W lipcu tego roku towarzyszyłem mojemu tacie w chorobie i umieraniu, i na własne oczy mogłem dotknąć owego pozostawiania wszystkiego i wszystkich po to, by otrzymać jeszcze więcej i całkowicie. Utrata zdrowia, bierność i kruchość, pożegnanie z bliskimi, pozostawienie domu i rzeczy, aż wreszcie oddanie ostatniego tchnienia przygotowały mojego tatę na przyjęcie rzeczywistości nieporównywalnie bogatszej.

Również zwyczajne przenosiny i przeprowadzka zmuszają do zostawiania, by wejść z nadzieją w inną rzeczywistość. Tę myśl zilustrował mi swoim życiem ks. Adam. Podczas odwiedzin „po latach” usłyszałem, że w poprzedniej parafii był proboszczem prawie jedenaście lat i gdy dostał wiadomość, iż ma przejść do nowej parafii miał świadomość jak wiele pozostawi: ludzi, których pokochał, trudu i pracy, osiągnięć i zapewne porażek, jednakże gdy o tym mówił, dostrzec można było w nim wolność w stosunku do tej sytuacji. Dzisiaj żyje już nowym życiem w nowym miejscu i pośród nowych ludzi i ta nowość stała się jego bogactwem.

Piszę ten tekst będąc w tynieckim opactwie i tutaj również przekonuję się, że pozostawienie i zgoda na stratę są niezbędne, by mogło się wydarzyć coś nowego i prawdziwego. Otóż w 1939 roku do zrujnowanego opactwa w Tyńcu pod Krakowem przybyła grupa mnichów z Belgii. Gdyby nie ich odważna decyzja opuszczenia belgijskiego opactwa, które było ich domem macierzystym, nie byłoby dzisiaj ok. czterdziestoosobowej wspólnoty mężczyzn, którzy na fundamencie codziennej, wspólnej modlitwy odbudowali opactwo będące nie tylko atrakcją turystyczną, ale i miejscem bogatym duchowo.

Każdy człowiek codziennie konfrontuje się z traceniem i pozostawianiem, jednakże Bóg wyśpiewuje nad ludźmi obietnicę i błogosławieństwo nowego życia.

ks. Jacek Socha

O byciu duchownym. Na zakończenie Roku Kapłańskiego

     Święcenia kapłańskie przyjąłem w 1994 roku, tak więc od 16 lat jestem księdzem, a od 17 lat jestem duchownym z racji przyjęcia diakonatu. Co to znaczy być osobą duchowną? Dla mnie duchowny oznacza człowieka poddanego Duchowi Świętemu. W tym sensie najbardziej duchownym był Jezus Chrystus. Nie przyjął święceń diakonatu, a był duchownym. Można więc być duchownym nie przyjmując święceń i można je przyjąć i nie żyć Duchem Świętym.

       Miałem szczęście, że Bóg w swojej dobroci postawił mi na drodze życia ludzi żyjących Duchem Świętym. Są takie miejsca w Polsce i na świecie, są wspólnoty zakonne, parafialne , modlitewne i formacyjne, gdzie można zobaczyć działanie Ducha. Lubię tam przebywać i z takimi ludźmi być. Odkrywam wtedy inny świat. Z drugiej strony nie lubię spotkań, akcji, również tych kościelnych, podczas których panuje bezduszna atmosfera. Bezduszna to znaczy bez Ducha Św. Celebrowanie jedynie ludzkich zwyczajów, a także spotkania i ceremonie w których człowiek wyparł Ducha Świętego są bezowocne, a dla mnie męczące.
       Paraklet ma swoje zwyczaje i upodobania. Nie lubi pychy, a kocha piękno, pokorę i prostotę. Najbardziej zaś kocha człowieka i jego nieśmiertelną duszę. To w niej zakochuje się Duch Święty i chce w niej przebywać. Duchowny ma więc kochać nieśmiertelną duszę człowieka, którego spotyka. Wymaga to patrzenia w głąb, niezatrzymywania się na grzechu i tym co zewnętrzne. Tak patrzył Jezus, którego Ewangelie pokazują jako Boga-Człowieka, dla którego świat nie był płaską rzeczywistością, lecz miał charakter wielowymiarowy.
       Widzę w moim życiu dwie grupy ludzi, których nieśmiertelne dusze poznaję w różny sposób. Pierwsza grupa to ludzie otwarci na Ducha. Ich piękne życie przyciąga Ducha Bożego, a ja w ich historii jestem szczęśliwym obserwatorem działań Ducha Św. Drugą grupę stanowią ludzie obojętni na sprawy Ducha, to dla nich chcę być tym, który przyzywa Ducha Św. do ich serc. Akty wiary do których wykonywania jestem wezwany, są westchnieniem za Duchem. One mogą stać się źródłem wiary dla innych. Kiedyś spotkałem siostrę zakonną, która modliła się zamiast księdza, który przestał się modlić. Odmawiała brewiarz dwukrotnie wiedząc, że ów ksiądz nie bierze go do ręki. Owa siostra, w tamtej sytuacji, była bardziej duchowna, aniżeli ten ksiądz, który oficjalnie należał do stanu duchownego. Ostatnio odkrywam, że mogę być duchownym w zastępstwie. Zadziwiające jest to, że mogę wierzyć za kogoś, kto nie wierzy, mogę modlić za kogoś, kto się nie modli i mogę czytać Słowo Boże za kogoś, kto go nie czyta. 
      Sam również doświadczam, że jest ktoś kto wierzy nie tylko we mnie, ale i za mnie – to Jezus Chrystus. On jest tym, który dopełnia tego, co mi brakuje. To On wierzy za mnie; modli się do Ojca, gdy mi nie starcza sił do modlitwy, gdyż On jest w pełni duchownym: „Z Jego pełni wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce”. Wszystko to czyni dlatego, że zakochał się w mojej nieśmiertelnej duszy. Zakochał się na 100% i nic tego nie zmieni.

Kościół w Polsce po 10 kwietnia 2010 r.

 
 
     Pewien znajomy Benedykta XVI dzielił się swoim trudem przeżywania drogi wiary. Powiedział wprost, że „właściwie trzeba być wdzięcznym Bogu, że pozwolił, by tak wielu ludzi, ze spokojnym sumieniem, pozostało niewierzącymi. Gdyby bowiem otworzyły im się oczy i gdyby doszli do wiary, w naszym świecie nie unieśliby jej zobowiązań moralnych”. Papież komentując to stwierdzenie napisał: „Uderzyła mnie przede wszystkim myśl, że wiara jest ciężarem, z którym mogą sobie poradzić jedynie siłacze – że wiara jest nieomal karą, w każdym razie wymaganiem, z którym niełatwo się uporać. Wiara zatem nie tyle by ułatwiała, ile utrudniała zbawienie” ( J. Ratzinger, Prawda. Wartości. Władza, Kraków 1999, s. 28-29).

       Przypomniałem sobie tę refleksję papieską w kontekście katastrofy smoleńskiej. Otóż wszystko, co po niej nastąpiło pokazało jak niewiele można zrobić i powiedzieć po katastrofie, jeśli nie odwołamy się do Boga i doświadczenia wiary. Jakżeż rozpaczliwe byłyby minuty ciszy pogrzebowej, bez nadziei życia wiecznego! A jednak, właśnie bolesne wydarzenia, mogą się stać dla chrześcijanina "miejscem" doświadczenia Boga i tego, co w chrześcijaństwie jest naprawdę ważne i pierwsze.
      Dlaczego dopiero doświadczenie śmierci i żałoba narodowa właściwie ukazały czym żyje Kościół? Myślę, że te minione dni i przeżycia, które je tworzyły nie pozwoliły duchownym i świeckim katolikom w Polsce popadać w moralizowanie. Potrafiliśmy skupić się na ważnych sprawach i wiele było w kościołach modlitwy, skupienia, a gdy padały słowa, to koncentrowały się one na Bogu i na fundamentalnych kwestiach ludzkich, takich jak: sens życia i śmierci. Umieliśmy odejść od moralizatorskiego tonu i stylu. Władaliśmy w kościołach w minionych dniach tym, co najważniejsze: łaską, nadprzyrodzoną mocą obecną w Słowie Bożym i sakramentach, w głoszeniu Ewangelii i praktycznym miłosierdziu, które przejawiło się w postawie solidarności z innymi.
      Jakże niewiele było w minionych dniach moralizowania i wskazywania na zasady. Na własnej skórze doświadczyliśmy jak pociągający jest Kościół dla ludzi, gdy odchodzi od upominania, zajmowania się jedynie etyką, czy to wydaniu bioetycznym czy też społecznym. W chrześcijaństwie nie moralność jest najważniejsza. Najważniejszy jest Bóg, który objawia się jako miłosierny Ojciec, Syn i Duch Święty. Moralność i jej zwiastowanie, a nie ogłaszanie, jest dopiero następnym krokiem w życiu Kościoła. Jeśli zachowamy tę dynamikę w życiu Kościoła w Polsce, to wiara rzeczywiście przestanie być dla wielu ciężarem, którego nie chcą.
ks. Jacek Socha
 
 

Marzenia o Wielkim Poście i Świętach Paschalnych

 
     Z filmu zatytułowanego „Dzieci Ireny Sendlerowej” mocno zapamiętałem pewną niezwykłą scenę. Chodzi o ten moment, gdy główna bohaterka została zaproszona przez swoich żydowskich przyjaciół na świętowanie Paschy i stała się świadkiem wyjątkowego wydarzenia. Otóż, rzecz działa się w getcie warszawskim podczas wielkiego prześladowania i eksterminacji. W atmosferze terroru zasiadano do wieczerzy paschalnej i w czasie tej uroczystości, głowa rodu-stary rabin zadał pytanie swojej wnuczce: dlaczego ta noc jest inna od pozostałych nocy? Młoda dziewczynka zgodnie z tradycją miała odpowiedzieć, że na pamiątkę tego, że kiedyś byliśmy w niewoli , jednakże zostaliśmy uwolnieni. W tamtym momencie było jej niezwykle trudno to powiedzieć. Tradycyjne słowa wypowiedziała z płaczem.
     Czy nie było w owym świętowaniu nieprawdy? Myślę, że nie. Ci ludzie świętowali w niewoli zewnętrznej, gdyż tęsknili za wolnością wewnętrzną. Zadbali, by ich Święta były piękne. Mimo brudu, głodu, nędzy i śmierci chcieli uroczyście wychwalać Boga, który daje wolność. Oni nauczyli się świętowania i ta umiejętność serca była wyzwalająca nawet w tak okropnych okolicznościach.
    Piszę te słowa u początku Wielkiego Postu i zastanawiam się jak przygotować siebie i parafian pośród których żyję na Święta Paschalne? Będziemy wspominać i przeżywać nie tylko prawdę o Passze z czasów egipskich, ale i Przejście Jezusa od śmierci do życia oraz aktualną Paschę Kościoła, w której Bóg chce przeprowadzić dzisiejszego człowieka od niewoli do wolności i od śmierci do życia.
     Bóg pragnie zbawić-uratować człowieka i jego szczęście, a Wielki Post i Święta Paschalne wyjaśniają co to znaczy oraz dają okazję, by to przeżyć. Jean Corbon, melchicki, żyjący w Libanie, ksiądz katolicki w swojej głębokiej i pięknej książce: Liturgia-Źródło Wody Życia pisze: Co zatem oznaczało zbawić człowieka? Zrobić mu wykład z teologii? Dać mu prawo moralne, nawet gdyby to było prawo miłości? Nauczyć go przemiany struktur w wymiarze osobistym, społecznym czy światowym? Obwieścić mu, w najdrobniejszych szczegółach kult, który byłby miły dla jego Stwórcy? Objawić mu, że Bóg jest Ojcem, że jest dobry i miłosierny, podpowiadając mu, jak umiemy to robić wobec siebie nawzajem w pomyślnych chwilach? A co po tym? Wszystkiego tego człowiek szuka po omacku od stuleci w swoich religiach, filozofiach, naukach i ideologiach. Nie brakuje w dziejach, nawet najnowszych, bohaterów sprawiedliwości i umiłowania człowieka. A co po tym? Po tym wszystkim pozostaje zasadnicza kwestia, która przygniata człowieka i pozostaje bez realnego rozwiązania: istnieję, ale istnieję dla śmierci, w każdej chwili i chwili ostatniej. Po co więc moralne wzorce i obietnice wzniosłego życia, skoro korzeń tej ponurej tragedii, czyli śmierć, nie zostaje wyrwany?…
…Gdyby pojawienie się Boga w człowieku nie dotknęło tej głębi, zakpiłby On sobie tylko z niego. Tak właśnie dzieje się z wszystkimi religiami i ideologiami: nie mogąc zażegnać śmierci, proponują człowiekowi, aby przestał o niej myśleć. Natomiast „głupstwem tajemnicy” (1 Kor 1,17-25) jest wejście w śmierć. Pojawienie się rzeki wody życia w naszych dziejach to jedyne poważne wydarzenie, ponieważ zderza się ono z naszą śmiercią.
      Liturgia sprawowana w kościele ma więc swoje ważne zadanie: ma nas przygotować na śmierć, czyli na spotkanie z Jezusem Chrystusem, który jak rzeka wody życia nie pozwoli nam zginąć i wyrwie z nas ten najgłębszy śmiercionośny „korzeń”. Chciałbym więc tak przeżyć liturgię Wielkiego Postu i Triduum Paschlanego, by ożywiła we mnie to, co dotknięte śmiercią, by nie pozwoliła umrzeć mojej nadziei i miłości. Mam więc marzenie, by i ci, którzy będą przeżywać ze mną te najbliższe dni zostali ożywieni w tym, co w nich umiera. Marzę w końcu, by kiedyś Jezus Chrystus u kresu mojego życia wyrwał najgłębszy, śmiercionośny korzeń i ożywił na wieczność mnie i moje siostry i braci.
 
 
Gdynia, 2010-02-20
 

Perspektywa betlejmska

 
        Pablo Picasso jako młody chłopiec przeżył ciekawe doświadczenie. Pewnego dnia wybuchł groźny pożar w miejscowości w której się wychowywał. Wielu ludzi ogarnęły przerażenie, panika i niepokój, natomiast mały Pablo patrzył na to wszystko wtulony w mocne objęcia swojego ojca, przy ojcu czuł się bezpiecznie i spokojnie pomimo zewnętrznego zamętu.
         Wiele lat później, już jako dorosła osoba, przywołał to wydarzenie opisując je jako istotne w procesie formacji swojej osobowości . Niektórzy krytycy sztuki twierdzą, że Picasso malował z tamtej, dziecięcej pespektywy. W jego obrazach można zauważyć, iż patrzy na świat pełen harmideru i nieporządku z miejsca bezpiecznego.

         Boże Narodzenie można traktować różnorako. Myślę jednak o tym, co dzieje się w umyśle dziecka stojącego przed żłóbkiem. W nim tworzy się właśnie taka „picassowska” perspektywa. Ów żłóbek w kościele parafialnym, który czasami jest mniej lub większym dziełem artystycznym, jest źródłem rodzenia się poczucia bezpieczeństwa, ciepła i ufności. Jezus rodzi się w warunkach nieludzkich, jednakże tworzy atmosferę i klimat pełne pokoju. Cały pokój zawarty w proroctwie Izajasza – o małym Dziecku, Księciu Pokoju, Bogu całego wszechświata, złożonym spokojnie na sianie, otoczonym kochającą Matką, troskliwym ojcem, modlącymi się pasterzami, kłaniającymi się mędrcami oraz zwierzętami – objawia się w betlejemskim żłobie. Jak pisze Ronald Rolheiser „dla dziecięcego umysłu bożonarodzeniowy żłóbek jest niebem zamrożonym w czasie”. Kiedy dziecko właśnie w powyższy sposób widzi i odczuwa rzeczywistość żłóbka, wtedy odchodzi od niego z mistycznym spojrzeniem i mistycznym sercem. Przynajmniej przez jakiś czas patrzy na świat z betlejemskiej, pełnej pokoju i bezpieczeństwa perspektywy i widzi, iż to ubogi i pokorny Bóg jest władcą całej ziemi.
           „Doświadczenie Betlejem” nie jest jedynie dostępne dla dzieci. Ono może trwać w każdym człowieku. Są ludzie którzy, jako dorosłe osoby, patrzą na świat z perspektywy żłóbka betlejemskiego. Nie niszczy ich zewnętrzny harmider, co więcej oni od niego nie uciekają. Potrafią być pełnymi pokoju pośród życiowych burz i nie ma to nic wspólnego z apatią i obojętnością.
         Św. Bonawentura twierdził, że człowiek został obdarowany przez Boga potrójnym wzrokiem: oczami ciała przez które widzi rzeczy; oczami umysłu, którymi jest zdolność rozumowania i formułowania myśli oraz oczami duszy, czyli zdolnością do widzenia, odczuwania i rozumienia Bożych spraw. Boże Narodzenia to zaangażowanie nade wszystko tej trzeciej zdolności, oczu naszej duszy. Jak to zrobić? Jest wiele sposobów. Ludzie, którzy znaleźli się w betlejemskiej grocie adorowali i to jest ich podpowiedź dla nas. Z adorowania rodzi się perspektywa ”betlejemska”.
                                                                                                                       ks. Jacek Socha
 

Trochę inaczej o Sakramencie Pokuty i Pojednania

 
 
         Pod koniec lutego 2007 roku na łamach „Przeglądu” ukazał się przedruk z jednej z włoskich gazet. Zawierał on bardzo kontrowersyjny materiał. Otóż włoski dziennikarz podszywając się pod różne postaci udawał penitenta przystępującego do Spowiedzi Św. Uczynił to prawie czterdziestokrotnie, a następnie opisał, to co usłyszał od kapłanów, których spotkał w konfesjonale. Artykuł miał m.in. za zadanie ukazać różnorodność reakcji spowiedników na ten sam problem. Kim jest spowiednik i co powinien mówić w konfesjonale? Próbując odpowiedzieć na to pytanie chciałbym podjąć krótką refleksję na temat sposobu ustanowienia tego sakramentu i stanu ducha, w którym znajdowali się uczniowie Jezusa w momencie otrzymania władzy rozgrzeszania. Ten niezauważany motyw z Ewangelii Janowej może pomóc nam odkryć głębię i piękno otrzymywanego przebaczenia.

         Kiedy Chrystus ustanowił Sakrament Pokuty i Pojednania? Ewangelista Jan opisał dokładnie ten moment i warto zauważyć kim w tamtej chwili byli uczniowie, którym ofiarował szafarstwo sakramentu: Wieczorem, owego pierwszego dnia tygodnia, gdzie przebywali uczniowie drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami, przyszedł Jezus , stanął po środku i rzekł do nich „Pokój wam”. A to powiedziawszy pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie ujrzawszy Pana. A Jezus znowu rzekł do nich: „Pokój wam. Jak Ojciec mnie posłał tak i ja was posyłam.” Po tych słowach tchną na nich i powiedział: „Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie są im odpuszczone, a którym zatrzymacie są im zatrzymane.
         Uczniowie zaryglowali drzwi z lęku przed prześladowaniami i odrzuceniem. Skoro powieszono ich Mistrza, to uzasadnioną była obawa, że w niebezpieczeństwie znaleźli się i oni, Jego apostołowie. Trudno się dziwić temu lękowi, jednakże problem był dużo głębszy. To nie była tylko kwestia obawy, było to nade wszystko problem sumienia.
Apostołowie pomimo bycia wybranym przez Jezusa byli ludźmi często Go nie rozumiejącymi, niektórych z nich cechowała gwałtowność i niecierpliwość. Ze strony Mistrza doświadczali ciągle wielkiej miłości. On ich podnosił, przebaczał i obdarzał cierpliwą serdecznością. Towarzyszyli Mu dzień po dniu, patrzyli na Jego czyny, razem z Nim żyli i wiedzieli, że ich kocha. On ich umiłował, a oni….zawiedli. Jeden z nich okazał się złodziejem i zdrajcą. Drugi powiedział, że Go nie zna. Kiedy błagał i żebrał swoich uczniów, żeby z Nim choć trochę byli, wtedy kiedy Go ogarnął straszny lęk, to oni poszli spać. Kiedy działo się coś bardzo wielkiego, złego, wtedy gdy Go aresztowano, to oni wszyscy pouciekali. Ta sytuacja nie mogła nie odbić się w ich sercach. W takim stanie ducha spotykają Zmartwychwstałego Jezusa. Przechodzi przez drzwi i staje przed nimi. Sytuacja podobna jest to tej, gdy ktoś porzuca przyjaciela w biedzie, w zagrożeniu życia, na pastwę losu, „na pożarcie lwom”. Następnie, myśląc, że ten drugi zginął, układa sobie życie. Co prawda wspominając przyjaźń doświadcza wyrzutów sumienia, ale „sprawa” jest dla niego zamknięta. O przyjacielu myśli jako o kimś zmarłym. Nagle okazuje się, że po kilku latach ktoś puka do drzwi. Ów człowiek otwiera drzwi i widzi swego przyjaciela, który jakimś cudem przeżył. Co wtedy zrobić? Jak trudno jest podnieść oczy ku górze? Chciałoby się zapaść pod ziemię. Właściwie nie wiadomo co powiedzieć. Wydaje się, że czegoś takiego doświadczyli apostołowie. Nagle pojawia ten którego ukrzyżowano, a którego oni zawiedli. Jezus jednak nie czyni im wyrzutów, On mówi: „POKÓJ WAM”. Nie wypomina im małej wiary, małej miłości, niewierności, zdrady, niczego im nie wypomina.
Jeżeli człowiek, szczególnie młody, narozrabia i usłyszy od matki: „A nie mówiłam ci…” , to jest to kolejny „gwóźdź do trumny”. On właśnie tego nie chce usłyszeć. Najczęściej doskonale wie, co uczynił i czuje się jak zbity pies i ostatnią rzeczą którą chce usłyszeć jest: „A nie mówiłam Ci…” . Jezus reaguje genialnie, On mówi „Szalom”. Oni zrozumiawszy i usłyszawszy, że SZALOM jest znakiem pojednania, bardzo się uradowali. Ewangelista zapisał, że „uczniowie uradowali się ujrzawszy Pana”. On nie chcąc, aby się tłumaczyli, wyprzedza ich reakcje i mówi po raz drugi: „Pokój wam”. Po tych słowach obdarowuje ich: „Weźmijcie Ducha Świętego, którym odpuścicie grzechy są im odpuszczone.” To znaczy, to co Ja uczyniłem z wami idźcie i czyńcie udziałem wszystkich tych, którzy przyjdą do was z poczuciem własnego grzechu, z ciężarem własnej winy.
Jezus zamyślił i uczynił to niezwykle mądrze. Dał apostołom doświadczyć małości ludzkiej, tego kim jest człowiek w swojej słabej naturze. I kiedy tego sami doświadczyli, powiedział: właśnie teraz weźmijcie moc Ducha, idźcie i czyńcie to udziałem innych, czyńcie to, co ja wam uczyniłem. To znaczy, przychodzącemu do kratek konfesjonału człowiekowi ten brat, będący sługą Chrystusa, w tym momencie nie ma nic innego do powiedzenia jak tylko to: „Pokój tobie. Idź, twoja droga jest na nowo otwarta. Pan nie pamięta twojej winy, wszystko możesz na nowo rozpocząć”. W ten sposób Sakrament Pokuty i Pojednania jawi się jako Nowy Początek, jako sakrament wolności, pokoju i radości. Wszystko inne cokolwiek zostaje powiedziane w czasie sprawowania tego sakramentu, to właściwie jest mniej lub bardziej udolny komentarz do tego jednego.
I dlatego warto przypominać sobie ten tekst i wracać do atmosfery tamtego spotkania, tak jak wracamy do Wielkiego Czwartku, kiedy zastanawiamy się nad Eucharystią. Chrystus był i jest znakomitym pedagogiem. On mówiąc przypowieść następnie pokazywał czynem jak należy ją interpretować. Mówił coś Apostołom i potem pokazywał. Jego czyny były widzialnymi słowami. Ustanowienie Sakramentu Pokuty i Pojednania było przepiękną interpretacją przypowieści o synu marnotrawnym. Jezus wcześniej tę przypowieść powiedział, a potem pokazał jak należy ją rozumieć. Jak się dobrze przyjrzeć Ewangelii, to wielokrotnie Jezus tak czynił.
          Zamiast zakończenia kilka słów o czasie-momencie przystępowania do Spowiedzi św. Kościół w swym nauczaniu kilkakrotnie wypowiadał się na ten temat. Warto wspomnieć tu choćby zalecenie Świętej Kongregacji Obrzędów w Eucharisticum mysterium z 1967 roku, w którego punkcie 34 czytamy: "Należy wpoić wiernym zwyczaj przystępowania do sakramentu pokuty nie podczas Mszy świętej, ale w ustalonych godzinach, aby udzielenie tego sakramentu odbywało się w spokoju i przynosiło prawdziwy pożytek, a oni sami nie byli pozbawieni możliwości uczestnictwa we Mszy świętej". To zalecenie znalazło się potem w odnowionych "Obrzędach pokuty" (1973 r.).
Niestety w wielu parafiach polskich spowiada się tylko podczas trwania Mszy św. co powoduje, iż co prawda wierni mają okazję, za jednym przyjściem do świątyni, przystąpienia do dwóch sakramentów, ale skutkiem takiej sytuacji jest również utrata możliwości pełnego przeżycia sakramentalnych znaków i spłycenie ich rzeczywistości. Warto więc przyjść do Spowiedzi św. przynajmniej 15-20 minut przed Eucharystią, aby w spokoju przeżyć tę piękną tajmemnicę.

„Niech się ksiądz sam modli”

 
 
     Nie dawno otrzymałem list, w którym moja znajoma napisała, iż gdybyśmy przeżywanie Roku Kapłańskiego ograniczyli jedynie do zintensyfikowania modlitwy za księży, to znaczy, że zawężyliśmy rozumienie istoty papieskiej inicjatywy.
Na czym więc winno polegać przeżywanie tego czasu? Otóż przypominam sobie dwie reakcje pewnych mniszek w kontakcie z księżmi, które mogą rzucić pewne światło na powyższy problem.

          Pierwsza reakcja: Kiedyś ksiądz mający poprowadzić rekolekcje prosił siostry zakonne, by pomodliły się, aby rekolekcje wypadły jak najlepiej. Na to jedna z sióstr odrzekła: „Proszę księdza, my będziemy się modliły aby, aby ksiądz jak najmniej zepsuł”. Wiem, że w słowach tej mniszki nie było żadnej pogardy czy też niedoceniania zdolności homiletycznych owego kaznodziei. Myślę natomiast, że była w nich wiara w prymat łaski. To Bóg działa, a my księża jesteśmy „sługami nieużytecznymi”. Muszę przyznać, że uczę się tych słów na nowo, zwłaszcza teraz, gdy od trzech miesięcy „proboszczuję” i wydaje mi się, że moje działania i inicjatywy tak wiele mogą i są tak bardzo potrzebne.
        Druga reakcja: Na zakończenie spotkania, jak to się często zdarza podczas wizyt księży w klasztorach, kapłan prosił siostry o modlitwę. Na to jedna z mniszek bez ogródek odparła: „niech się ksiądz sam modli”. Znów mogłoby się wydawać, że to nietaktowne zachowanie, gdyby nie fakt, że owa siostra rzeczywiście wiele się modliła za swego rozmówcę. Rok Kapłański to przede wszystkim rok prymatu Boga w życiu księży i ponownego odkrywania wartości modlitwy. Chciałbym, by w moim życiu w tych zbliżających się miesiącach było więcej modlitwy i prymatu Boga.
        Od kilku tygodni budujemy kaplicę kapłańską na plebani. Będzie miała podwójne wezwanie: św. Jana Vianney i św. Anny. Ufam, że uda się ją poświecić 4 sierpnia, w 150 rocznicę śmierci Proboszcza z Ars. Ciekawe, że dla bardzo wielu świeckich ludzi, fakt budowy kaplicy na plebani stał się czymś bardzo ważnym. Czasami świeccy wierni wierzą bardziej niż sami księża w moc modlitwy kapłańskiej. Zresztą pomysł, aby i kobieta patronowała naszej kaplicy wyszedł również od osób świeckich! Pewnie święta Anna, jako świecka święta, zadba o to, byśmy nie zamknęli się w naszej kapliczce na cztery spusty, ale by modlitwa kapłańska otwierała nas na siebie i innych.
        Kilka dni temu odkryłem, że w anglojęzycznych dokumentach watykańskich Rok Kapłański to „Year for Priests”, czyli również rok dla księży, oby ten rok stał się także moim.
« Starsze posty Nowsze posty »