Gdynia Chylonia ul. św. Mikołaja 1, tel. 58 663 44 14

Kategoria: Teksty ks. J. Sochy (Strona 3 z 5)

List księdza proboszcza na Koledę 2013

Gdynia, 2012.12.06

 Moi Drodzy

 

zwyczaj chodzenia po kolędzie ma długą tradycję i znany jest od bardzo dawna.W Encyklopedji Kościelnej wydanej przez x. Michała Nowodworskiego w Warszawie w 1877 roku czytamy tak o celu kolędy:

Gorliwość kapłańska domaga się po plebanie, aby nie poprzestawał na upominaniu i nauczaniu w kościele, lecz i dalej w parafji rozciągał czujność i pracę swoją. Po domach więc szuka pleban tych, co do kościoła iść nie chcą, lub iść nie mogą, boć i ci potrzebują poprawy, nauki, zachęty i błogosławieństwa Kościoła. Widząc zaś grzesznik zaniedbany, iż do niego samego i po niego w poselstwie od Chrystusa przychodzi kapłan, a słowy pełnemi miłości i łagodności przemawia, wzrusza się prędzej i nawraca.

Najważniejszym zajęciem plebana na kolędzie jest zadawanie pytań i udzielanie napomnień. Ponieważ naucza w kościele, na kolędzie zatém stara się poznać, czy nauki zostały pojęte i spamiętane. Pytania jego pierwsze są ogólne, np. o stosunkach z sąsiadami, o pracy, o gospodarstwie, czy im się dobrze powodzi i wtedy pobudza do wdzięczności ku P. Bogu, a jeśli źle, uczy, jak to obrócić na zbawienie duszy i jak poprawić. Następnie przechodzi do szczegółów nauki religijnej: pyta więc o cały pacierz i inne główniejsze formuły katechizmowe, zważając, czy te są dobrze i dokładnie mówione. Bada, czy mówią modlitwy poranne, czy ofiarowują wszystkie swoje sprawy Panu Bogu, czy odprawiają modlitwy wieczorne z rachunkiem sumienia, czy przed i po jedzeniu się przeżegnają, tak samo przed wyjściem z domu, przed i po pracy, czy w domu nie panują jakie zabobony, przekleństwa, wyzwiska itp…

Jak widać, przed ponad stu laty,  cel odwiedzin księdza był dość konkretny, jasno określony. Dzisiaj istnieje obawa, żeby zwyczaj ten nie stał się pustym znakiem, żeby nie był pozbawiony głębszej treści i dlatego chciałbym w tym roku, który jest Rokiem Wiary, by czas wizyty kolędowej był związany z powrotem do źródła naszej wiary, czyli do Pisma Św. Każdą rodzinę proszę więc o przygotowanie krótkiego fragmentu z Pisma Św. i odczytanie go, przez któregoś z domowników,   na początku spotkania z księdzem, tuż po znaku krzyża. Proszę jedynie , by nie był to opis narodzenia Pana Jezusa lecz inny tekst np. ulubiony przez kogoś z domowników fragment biblijny. Nie musi to być tekst długi, wystarczą dwa, trzy zdania.

 

Ks. Jacek Socha

   /proboszcz/

 

 

 

 

 

 

 

O nieskuteczności kapłańskiej i Duchu proroczym

O nieskuteczności kapłańskiej i Duchu proroczym

 

            Słyszałem niedawno opowieść jednego z polskich biskupów, który prowadził rekolekcje kapłańskie podczas których wielu księży przychodziło do niego i dzieliło się bolesnym doświadczeniem „jedynie spełniania kapłaństwa”. Mówili o swoim cierpieniu, które polega na tym, iż widzą nieskuteczność swojej posługi. To, co się dzieje, to jedynie wypełnianie zadań. Katechizacja, sprawowanie sakramentów, głoszenie homilii, a nawet modlitwa stały się jedynie rytuałem, który nie owocuje. Dzieci i młodzież nie zmieniają się pod wpływem lekcji religii, parafianie są tacy sami. Wszystko wydaje się jakby było w głębokiej stagnacji.

            Myślę, że to doświadczenie może dotyczyć wielu księży, sióstr zakonnych i katechetów. Taka sytuacja wywołuje ból i frustrację lub staje się przyczyną różnorakich ucieczek. Wydaje mi się, że formalizm, chowanie się za bezpieczny styl życia, budowanie własnego świata duchownych, którzy mają swoje rytuały, stopnie hierarchiczne i przyziemne cele, skutkuje funkcjonowaniem poza światem ewangelicznego zmagania. Można też w łatwy sposób stwierdzić, iż w Kościele nie chodzi o skuteczność, że przecież bł. Karol de Foucauld nie odniósł żadnego duszpasterskiego sukcesu, a jego marzenia zaczęły wypełniać się dopiero po śmierci. Boję się jednak, że takie tłumaczenie jest zbyt łatwe i nie stanie się odpowiedzią na współczesne problemy duszpasterskie.

            O skuteczności działania w posłudze mówi biblijna historia Elizeusza, ucznia Eliasza. Elizeusz towarzysząc swojemu mistrzowi, „prorokowi jak ogień”, był świadkiem cudów dokonywanych przez Eliasza, który tuż przed śmiercią, zapytał swego ucznia: „Żądaj, co mam ci uczynić, zanim będę wzięty od ciebie”. Elizeusz poprosił, by mógł przejąć funkcję, którą dotąd spełniał Eliasz. Prośbę wyraził w typowo wschodni sposób: „Niechby – proszę – dwie części twego ducha przeszły na mnie” (2 Krl 2,9). Eliasz odparł, że to nie zależy od niego: „Jeśli mnie ujrzysz, jak będę wzięty od ciebie, spełni się twoje życzenie”. W trakcie ich rozmowy nagle pojawił się wóz ognisty z ognistymi rumakami i porwał Eliasza do nieba. Płaszcz Eliasza, który spadł z jego ramion, Elizeusz podniósł z ziemi. Właśnie w ten sposób została mu przekazana misja prorocza Eliasza, głosiciela Słowa Bożego i reprezentanta Boga wobec Izraela. Tak też zrozumieli to inni uczniowie Eliasza. Oświadczyli: „Duch Eliasza spoczął na Elizeuszu”. Wyszli naprzeciw niego, oddali mu pokłon do ziemi.

            Czego dzisiaj można się nauczyć od Elizeusza? Po pierwsze tego, iż był wpatrzony w proroka. Potrzeba więc dzisiaj poszukiwania ludzi owładniętych Duchem Bożym i wpatrzenia w proroków, których Bóg daje swojemu Kościołowi. Po drugie, musimy błagać Boga o Ducha prorockiego. Elizeusz prosił i , jak czytamy w Drugiej Księdze Królewskiej, schylił się ku ziemi, by podnieść płaszcz Eliasza. Nie ma więc innej możliwości przyjęcia Ducha Bożego, jak jedynie przez głęboką pokorę. Potrzeba wręcz dotknięcia ziemi, może nawet upadku, czołgania się po ziemi życia, by doświadczyć Ducha prorockiego. Może w braku pokory tkwi współczesny problem nieskuteczności posługi w Kościele? Poczuliśmy się spokojni, bezpieczni w strukturach, które stworzyliśmy i nagle zaczyna niektórych z nas dotykać cierpienie nieskuteczności i frustracji. Zewnętrzne zmiany nic nie dają. Plany duszpasterskie, dobrze opracowane strategie katechetyczne oraz nowoczesne pomoce dydaktyczne nie przynoszą pożądanych skutków. Zaczynamy się męczyć i Kościół staje się wspólnotą pełną dobrych, ale i zmęczonych ludzi.

            I jeszcze na jedną rzecz z historii Elizeusza warto zwrócić uwagę. Otóż nawet od Eliasza nie zależało przekazanie Ducha proroctwa. On sam nie był dawcą, tylko Bóg jest źródłem duchowej odnowy. Bycie prorokiem jest darmowym darem Boga. Jeśli więc chcemy, by coraz więcej ludzi w Kościele zostało owładniętych Duchem proroczym, by nasza posługa była skuteczna, to potrzebna nam jest teocentryczności, czyli czynienie na nowo Boga ośrodkiem codziennego życia Kościoła. Wydaje się to oczywiste, co więcej może się wydawać, iż Bóg był i jest w centrum. Jednakże gdyby tak było, to nie byłoby tyle frustracji i wspomnianej nieskuteczności.

            Być owładniętym Duchem proroczym,  to patrzeć do przodu i wierzyć w rzeczy niewidzialne. Ludzie Kościoła to ci, którzy widzą to co niewidzialne, a patrząc do przodu widzą dalej i głębiej.

Nowa ewangelizacja wyzwaniem dla współczesnej parafii w Kościele w Polsce. Między teorią a praktyką

 

Znamiennym faktem jest to, iż terminu „nowa ewangelizacja” użył po raz pierwszy Jan Paweł II w homilii,  w Polsce podczas pielgrzymki,  w 1979 roku. Cztery lata później, przemawiając do biskupów Ameryki Łacińskiej, precyzował na czym polega nowość w ewangelizowaniu: „Obchody 500-lecia ewangelizacji nabiorą pełnego znaczenia, jeśli będzie im towarzyszyło nowe zaangażowanie ze strony was jako biskupów, oraz waszych kapłanów i wiernych; zaangażowanie na pewno nie w reewangelizację, lecz nową ewangelizację. Nową w swym zapale, w metodach i przejawach „[1].

 

Drugą wstępną uwagą niech będą istotne słowa abp Rino Fisichellii, Przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Nowej Ewangelizacji, o tym iż „Kościół nie idzie drogą nowej ewangelizacji sprowokowany do tego silnie obecnym sekularyzmem, ale nade wszystko dlatego, że chce być posłuszny i wierny słowu Pana Jezusa, który nakazał mu iść na cały świat i głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu (Mk 16,15)[2]. Nowa ewangelizacja nie rodzi się więc z lęku, ale jest owocem wiary ludzi tworzących wspólnoty chrześcijańskie. Nowa ewangelizacja pochodzi z otwartości Kościoła na ogień Ducha Świetego.

 

Trzecie założenie. Instrumentum Laboris, watykański dokument przygotowany na Synod Biskupów poświęcony „Nowej ewangelizacji dla przekazu wiary chrześcijańskiej”, jako jeden z podstawowych podmiotów nowej ewangelizacji wymienia parafię. Autorzy dokumentu twierdzą, iż parafia powinna znaleźć się w centrum nowej ewangelizacji[3]. Wspólnota parafialna jest stałą formą życia Kościoła, a jednocześnie słowo parokia oznacza „wędrująca, będąca w drodze poza murami”. Jest więc w rzeczywistości parafii coś stałego (stała forma życia Kościoła) a równocześnie jest w niej czynnik dynamiczny (wykraczania, dążenia poza, przekraczania tego co już jest)[4].

 

1.1 Parochia semper reformanda

            Św. Jan Chryzostom, pisarz chrześcijański z IV w., roztoczył krytyczny obraz Kościoła porównując go do wdowy. Otóż zauważył, że w Piśmie Świetym do Kościoła odnosi się obraz oblubienicy. Cechą relacji oblubienica-oblubieniec jest bycie obdarowywaną oraz ciągłe bycie dla siebie. Teologia nowotestamentalna ukazuje Jezusa–Oblubieńca, który obdarowuje Kościół-Oblubienicę. Św. Jan Chryzostom, po refleksji nad stanem współczesnego mu Kościoła, stwierdził, iż przypomina on bardziej wdowę aniżeli pannę młodą. Wdowę, która w swoim kufrze przechowuje różne pamiątki: naszyjniki, klejnoty i ozdoby, które pochodzą z dawnych czasów, gdy pan młody jeszcze z nią był i  ją obdarowywał. Pamiątki te są dla wdowy powodem jedynie do wspomnień. Przedstawiając tę analogię Autor Homilii do 1 Listu do Koryntian zastanawiał się : czy Kościół nie przypomina takiej wdowy, która nie czuje, że na co dzień otrzymuje prezenty, klejnoty, dary, od swojego Oblubieńca?[5]

            Wydaje się, że można ten patrystyczny obraz odnieść również do współczesnej parafii w Polsce. Gdzie dzisiaj można zauważyć brak relacji Oblubienica-Oblubieniec na poziomie parafialnym?

            Jedną z słabości parafii polskich jest brak świadomości wagi głoszenia kerygmatu. Wiara indywidualnych chrześcijan oraz wspólnota Kościoła rodzą się tam, gdzie głoszony jest kerygmat. Nowa ewangelizacja musi więc postępować w określonym porządku, który nie może być zmieniony, w przeciwnym razie traci dynamikę lub jej po prostu nie ma. Przede wszystkim kerygmat, którego sercem jest prawda o Jezusie Chrystusie. Potem i tylko potem należy ukazać prawa i wymagania Jezusa. Nielogiczne staje się rozpoczynanie od egzekwowania realizacji moralności chrześcijańskiej od tych, którzy nie znają Chrystusa jako Zbawiciela i Pana. Warto zauważyć, iż Bóg wobec Żydów wpierw objawił się jako wyzwoliciel, a dopiero potem jako prawodawca, stąd to głoszenie kerygmatu musi być u początku wtajemniczenia chrześcijańskiego[6].

            W praktyce życia parafialnego zdarza się, iż niektóre osoby kojarzą Kościół z rygoryzmem moralnym albo z ociężałą instytucją. Dzieje się tak dlatego, gdyż wcześniej nie doświadczyły Boga jako zbawiciela. Jean Corbon w swojej książce: Liturgia-Źródło Wody Życia pisze: „Co zatem oznaczało zbawić człowieka? Zrobić mu wykład z teologii? Dać mu prawo moralne, nawet gdyby to było prawo miłości? … A co po tym? Po tym wszystkim pozostaje zasadnicza kwestia, która przygniata człowieka i pozostaje bez realnego rozwiązania: istnieję, ale istnieję dla śmierci, w każdej chwili i chwili ostatniej. Po co więc moralne wzorce i obietnice wzniosłego życia, skoro korzeń tej ponurej tragedii, czyli śmierć, nie zostaje wyrwany? …Gdyby pojawienie się Boga w człowieku nie dotknęło tej głębi, zakpiłby On sobie tylko z niego. Tak właśnie dzieje się z wszystkimi religiami i ideologiami: nie mogąc zażegnać śmierci, proponują człowiekowi, aby przestał o niej myśleć. Natomiast (1 Kor 1,17-25) jest wejście w śmierć. Pojawienie się rzeki wody życia w naszych dziejach to jedyne poważne wydarzenie, ponieważ zderza się ono z naszą śmiercią”[7]. Parafia jest wspólnotą, której Bóg pragnie zwiastować swoją odpowiedź na śmierć. Tą odpowiedzią jest Jezus Chrystus żyjący. On wprowadza do rzeki wody życia poprzez dar Ducha Św. i w ten sposób tworzy w człowieku nowe prawo – Prawo Ducha.

            Powrót do kerygmatu jako początku każdego działania Kościoła jest pierwszym etapem ewangelizacji. Instrumentum Laboris używa sformułowania pierwsze głoszenie[8]. Następnie, przed odpowiedzialnymi za wizję życia parafialnego, staje pytanie o permanentną formację. Zauważmy, iż słabość formacji objawia się tam, gdzie formowani nie podejmują dojrzałych działań ewangelizacyjnych. Dynamizm ewangelizacyjny we współczesnej, polskiej parafii dotyczy głównie księży oraz niewielkiej grupy świeckich związanych z nowymi ruchami i wspólnotami kościelnymi. Chodziłoby więc o przekroczenie problemu zawężenia działalności ewangelizacyjnej Kościoła. Wyjściem z tej sytuacji powinna być taka formacja w parafii, która prowadzi do odkrycia powszechnego powołania do życia radykalizmem ewangelicznym i darami Ducha Świętego. Warto więc, zauważyć – idąc za intuicją Instrumentum Laboris – iż nowa ewangelizacja to permanentny proces formacyjny. Dokument podkreśla role katechumenatu pochrzcielnego, czyli pewnej przemyślanej drogi człowieka ochrzczonego ku dojrzałości chrześcijańskiej[9]. Instrumentum Laboris podpowiada drogę, którą proponują m.in. Obrzędy Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych[10] i Katechizm Kościoła Katolickiego[11], którego układ treściowy nie jest przypadkowy, ale jest konsekwentną drogą formacji. Interesującym faktem jest to, iż we wspomnianym dokumencie pojawia się propozycja Lectio Divina jako takiego sposobu czytania Pisma Św., które prowadzi do budzenia wiary i jest nie tylko metodą, ale sposobem życia chrześcijańskiego[12]. Wiele współczesnych nowych ruchów i wspólnot kościelnych odkrywa i propaguje określoną formację, która ma swoje etapy np. Szkoły Nowej Ewangelizacji, utworzone w 1980 r. przez meksykańskiego, katolickiego biblistę Jose Prado Flores, posługują się ciekawym planem pastoralnym zatytułowanym Redeptoris Missio; Droga Neokatechumenalna to dosłowne itinerarium życia chrześcijańskiego. Na polskim gruncie program duszpasterski, który objął całe życie chrześcijańskie stworzył m.in. ks. Franciszek Blachnicki.

            Czy jednak nowa ewangelizacja w parafii może oznaczać otwarcie się na jeden ze wspomnianych ruchów kościelnych czy też np. na instytucjonalnej rozbudowie. Wydaje się, że taki ruch nie wystarczy, by mówić o pełnej nowej ewangelizacji. Pozostanie bowiem cała rzesza ludzi, którzy w te projekty nie zaangażują się. Należy więc postawić pytanie: jak objąć ewangelizacją całą parafię? W życiu parafialnym chodzi bowiem nie tyle o to, by wiele się działo, ale o to by tak się działo, iż coraz większa liczba parafian   przechodziłaby następującą drogę:           :

niezewangelizowany ewangelizowany,
zewangelizowany
ewangelizator,
ewangelizator
formator ewangelizatorów.

            1.2 Teologiczna wizja procesu nowej ewangelizacji w parafii i wybrane sposoby jej realizacji.

            Józef Ratzinger, jeszcze przed wyborem na Stolicę Piotrową,   pisząc o nowej ewangelizacji użył ewangelicznego obrazu z przypowieści o ziarnku gorczycy. Papież przypomniał, że Królestwo Boże rozpoczyna się wciąż na nowo od tego znaku. Twierdził, iż Kościół podejmujący nową ewangelizację jest zarówno ziarnkiem gorczycy jak i dużym drzewem. Podjąć nową ewangelizację, według wspomnianego autora, znaczy: nie zadowalać się tym, że z ziarnka gorczycy wyrosło wielkie drzewo Kościoła powszechnego, nie sądzić, że to wystarczy, jeśli w jego listowiu mogą się zagnieździć najróżniejsze ptaki, ale zdobyć się na odwagę rozpoczęcia od nowa, z pokorą — od skromnego ziarenka, pozwalając Bogu zrządzić, kiedy i jak ma się ono rozwinąć (por. Mk 4, 26-29)[13].

            Benedykt XVI zaznacza, że Kościół nigdy nie przerwał ewangelizacji. Każdego dnia sprawuje misterium eucharystyczne, udziela sakramentów, głosi słowo Boże, podejmuje dzieła sprawiedliwości i miłosierdzia. Ta ewangelizacja przynosi owoce: daje światło i radość, wskazuje drogę życia wielu ludziom. Jednakże, mimo ciągłej ewangelizacji prowadzonej przez Kościół, wielka część współczesnej ludzkości nie znajduje w niej Ewangelii, to znaczy przekonującej odpowiedzi na pytanie: jak żyć? Dlatego poszukujemy — poza tą ewangelizacją permanentną, która nigdy nie została i nie może zostać przerwana — nowej ewangelizacji, zdolnej dotrzeć do świata, nie objętego ewangelizacją «klasyczną»[14].

            Odnosząc tę papieską refleksję do parafii można zauważyć, iż potrzeba pewnej strategii duszpasterskiej, która – opierając się na codziennej, systematycznej i długofalowej pracy – pozwoliłaby docierać do ludzi, którzy są obojętni na życie łaską Bożą. Otóż ciekawą odpowiedzią na pytanie, jak objąć ewangelizacją całą parafię, jest projekt ks. P. Periniego, który zainaugurował metodę ewangelizacyjnych komórek parafialnych w parafii św. Eustorgiusza w Mediolanie w 1986 r. Opiera się ona na strukturze małych wspólnot pośredniczących między rodziną a parafią. Komórki – małe grupy złożone najczęściej z osób żyjących w sąsiedztwie – przechodzą określony proces ewangelizacyjny animowany przez duszpasterzy. Ks. Perini postanowił zaangażować świeckich, którzy poprzez chrzest są powołani do głoszenia Chrystusa. Po 25 latach w parafii św. Eustorgiusza istnieje 160 komórek, w których zaangażowanych jest 2 tysiące osób – od młodzieży po seniorów. Idea rozprzestrzeniła się i obecnie komórki ewangelizacyjne funkcjonują w 85 krajach, a Stolica Apostolska zaaprobowała ich działalność dekretem Papieskiej Rady ds. Świeckich[15].

            Wydaje się, że sytuacja wielu polskich parafii, które mają rozwinięte duszpasterstwo grup i wspólnot byłaby czynnikiem sprzyjającym do wprowadzenia sytemu komórek ewangelizacyjnych. Animatorzy, zelatorzy, katechiści i wszystkie aktywne osoby w życiu parafii, to naturalni kandydaci to bycia liderami komórek ewangelizacyjnych w poszczególnych rejonach parafii. Natomiast w parafiach mniej dynamicznych ten system byłby szansą na rozpoczęcie nowej ewangelizacji.

            Jeszcze innym, jednakże powstałym w Polsce, przykładem docierania z ewangelicznym przesłaniem do osób, które nie miały kontaktu z życiem parafialnym lub od niego odeszły, jest działalność Stowarzyszenia Św. Filipa Nereusza z Rudy Śląskiej, które w unikalny sposób, bardzo systematycznie i w ścisłym związku z Kościołem lokalnym, prowadzi sieć świetlic dla dzieci i klubów młodzieżowych. Poprzez prace z dziećmi i młodzieżą członkowie stowarzyszenia weszli w kontakt nie tylko z rodzinami a wręcz z całymi środowiskami zamieszkującymi familoki. Wychowawcy, doświadczając granic działań pedagogicznych, psychologicznych i materialnych,   sami weszli na głębię drogi wiary, a potem zaprosili na nią rodziny z którymi pracują. Wobec wielkości zła na które natrafili w pracy z rodzinami, odkryli Ducha Świętego, który jest początkiem i źródłem wszelkiej nadziei i każdej prawdziwej odnowy[16].

            Wszystko rozpoczęło się od preewangelizacji, która polegała na nawiązaniu kontaktów i wzajemnym poznaniu się. Pedagodzy i psycholodzy musieli przekroczyć swój profesjonalizm i porzucić bezpieczne granice. Ten pierwszy, długoletni proces doprowadził do rekolekcji kerygmatycznych na których wiele osób odkryło Boga jako zbawiciela i Pana. Bóg czynił cuda odnawiając życie najuboższych rodzin i samych wychowawców-profesjonalistów. Do dnia dzisiejszego trwa tam permanentna formacja i powstało środowisko ludzi, którzy odzyskując wolność, doświadczając Boga jako zbawiciela, stali się dla innych ewangelizatorami. Natomiast wychowawcy-ewangelizatorzy odkryli niezwykle ważną prawdę. Otóż okazało się, że ich ewangelizacja nie polega na „zaniesieniu Boga tym, którzy Go nie mają”, ale na odkryciu, że On tam już jest – wśród najuboższych.

            Budowanie więzi i głoszenie kerygmatu doprowadziły do powstania swoistych komórek ewangelizacyjnych. Ludzie ubodzy gromadzą się pod przewodnictwem księdza na spotkaniach biblijnych, co umacnia ich życie rodzinne, a także staje się przyczynkiem odnowy moralnej i religijnej środowiska w którym żyją. Ich mieszkania które były wcześniej miejscami, gdzie wydarzała się przemoc, gdzie nadużywano alkoholu, gdzie padały przekleństwa, teraz stają się miejscami modlitwy i spotkań biblijnych.

            Świadectwem o specyficznym działaniu Stowarzyszenia Św. Filipa Nereusza jest film, który powstał w lipcu 2012 r. zawierający sześć świadectw osób, których miłość Boża i ludzka solidarność nieustannie ratuje i uzdalnia do życia.

            Pod wpływem tego, co dzieje się w Rudzie Śląskiej, arcybiskup Wiktor Skworc, metropolita katowicki, skierował sześciu księży do wyłącznej pracy wśród najuboższych mieszkańców swoje diecezji. Wspomniani kapłani prowadzą projekt ewangelizacyjny zatytułowany „Światło w familoku” w ścisłej współpracy ze Stowarzyszeniem Św. Filipa Nereusza[17]. Do wspomnianych działań włączyły się także Siostry Misjonarki Miłości od bł. Matki Teresy z Kalkuty. Również w Trójmieście, we wrześniu br., zostały przeprowadzone pierwsze rekolekcje kerygmatyczne dla osób ubogich, które zakończyły się uformowaniem grupy, która rozpoczyna spotkania biblijne i stałą formację. Ubodzy są kamieniem węgielnym Kościoła, dlatego też nowa ewangelizacja powinna rozpocząć się od nich i być prowadzona z nimi.



[1] Jan Paweł II, Przemówienie do zgromadzenia Rady Episkopatu Ameryki Łacińskiej, Port-au-Prince, Haiti (9 marca 1983) III: AAS 75 (1983), 778.

[2] R. Fisichella, Konferencja wygłoszona podczas Kongresu Nowej Ewangelizacji w Kostrzynie, w dniu 28 lipca 2012 r., <http://nowaewangelizacja.org/abp-rino-fisichella-konferencja-wygloszona-podczas-kongresu-nowej-ewangelizacji/>, (2012-10-09).

[3] Synod Biskupów. XIII Zwyczajne Zgromadzenie Ogólne, Nowa Ewangelizacja dla przekazu wiary chrześcijańskiej. Instrumentum Laboris, Watykan 2012, 107.

[4] Por. L. Slipek, Parafia jakiej pragnę, Warszawa 2001, s. 22.

[5] Por. św. Jan Chryzostom, Homilie do I Listu do Koryntian 36, PG 61, 310-313.

[6] Por. J. Kudasiewicz, Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii”(1Kor 9,16).Materiały z Duszpasterskich Wykładów Akademickich KUL 30-31 sierpnia 2001. Lublin 2002, s.27-46.

[7] J. Corbon, Liturgia-Źródło Wody Życia, przeł. A. Foltańska, Poznań 2005, s. 44-45

[8] Por. Instrumentum Laboris, 139.

[9] Por. Tamże, 134

[10] Obrzędy Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych. Dostosowane do zwyczajów diecezji polskich, Katowice 2007.

[11] Por. Instrumentum Laboris, 102; I. Gargano, Lectio Divina. Wprowadzenie, przekł. Ł. Piątek, Kraków 2001.

[12] Por. Instrumentum Laboris, 97.

[13] Por. J. Ratzinger, Nowa Ewangelizacja, http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WR/inne/ratzinger_ewangelizacja.html, (2012-10-09).

[14] Por. Tamże.

[15] Jak ewangelizować? Przez system komórek parafialnych, < http://gosc.pl/doc/1188599.Jak-ewangelizowac-Przez-system-komorek-parafialnych> (2012-10-07); G. Macchioni, Ewangelizacja w parafii. Metoda „komórek”, przekł. K. Kotońska, K. Skorulski, Kraków 1997.

[16] Zob. Świetlica jako środowisko terapeutyczne. Wydanie specjalne miesięcznika Remedium, Red. A. Karasowska, A. Szulirz, Warszawa 2011.

[17] Por. P. Łazarski, Światło w familoku, <http://katowice.gosc.pl/doc/1284466.Swiatlo-w-familoku>, (2012-10-09).

Uratowani z potrzasku, czyli kilka słów o Triduum Paschalnym




Gdynia, 2012.04.04

        W jednym z Midraszy znajduje się opowiadanie o gołębicy, która została zaatakowana przez drapieżnego ptaka. Chciała schronić się w szczelinie skalnej, z której wyłonił się kąsający wąż. Gołębica znalazła się w potrzasku, w sytuacji wydawałoby się bez wyjścia. Opisana scena została wykorzystana do zilustrowania dramatycznego położenia, w którym znaleźli się Izraelici uciekający z Egiptu. Oni również byli w potrzasku, kiedy za sobą mieli goniących ich Egipcjan, a przed sobą morze i właśnie wtedy doświadczyli mocy Boga, który ratuje i wyprowadza na wolność mimo sytuacji, która wydawałaby się bez wyjścia. Uratowanie z potrzasku, to tło świętowania Triduum. Jezus umiera i zmartwychwstaje, by podać rękę człowiekowi, który znalazł się w potrzasku śmierci. Ta śmierć dotyka naszych nadziei, marzeń, zdrowia i wielu innych dziedzin życia. Ciągle jesteśmy w potrzasku – to stan człowieka po wydarzeniu grzechu pierworodnego.

        Triduum Paschalne to przejście Boga przez potrzask ludzki. Dzieje się to w Liturgii, która pozwala nam wejść w rzekę, którą stanowi dzieło Jezusa Chrystusa. Ono jest tak wielkie, że trwa do dzisiaj właśnie poprzez Liturgię. Św. Leon Wielki miał zwyczaj w swoich homiliach potarzać słowo „dzisiaj” i np. w Wielki Piątek zwykł mówić „dziś Pan oddał za nas życie”, a w Wielkanoc: „dzisiaj Pan zmartwychwstał”. Owo „dzisiaj” wybrzmiewa przejmująco podczas Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek, gdy celebrans wypowiada słowa Pierwszej Modlitwy Eucharystycznej mówiąc: „On to w dzień przed swoją Meką, to jest dzisiaj”. W tajemniczy sposób dzieją się więc wydarzenia Boże i człowiek, jeśli powie: „wierzę” , może doświadczyć ich mocy. Liturgia jest więc wydarzeniem, które ma moc dać nam wolność mimo bycia w potrzasku.




List ks. proboszcza na Kolędę 2011-2012

 

Gdynia, Grudzień 2011 r.

Drodzy Parafianie

       Podczas Mszy św. odpustowej, 6 grudnia 2011 r. przedstawiciele grup, wspólnot i dzieł powstałych w naszej parafii przynieśli w procesji do ołtarza symboliczne róże. Owe kwiaty wypełniły wielki wazon. Kiedy patrzyłem na tę scenę, dziękowałem Bogu za wielu wspaniałych ludzi tworzących naszą parafię. Jest nas wielu i różnimy się, tak jak różnego koloru były owe róże, a jednak stanowimy jedno Ciało-Kościół. Woda, którą wlano do wazonu stała się dla mnie symbolem Ducha Świętego, który ożywia i nie pozwala od razu zginąć i zwiędnąć. Ta woda stała się znakiem świeżości i nowości życia człowieka.

       Parafianie, jak słyszeliśmy podczas rekolekcji adwentowych, to ludzie którzy żyją inaczej, jak na obczyźnie, to ludzie nowi i inni. Żyją w świecie, ale inaczej niż świat. Mamy nauczyć się poprzez życie w parafii tęsknic za Bogiem, za pełnią życia, które jest w niebie i w ten sposób pokazać światu, że jesteśmy wolni i nowi. Zastanawiam się, czy tak żyjemy? Czy w nas – chrześcijanach widoczna jest nowość, świeżość, czy jesteśmy znakiem innego świata dla ludzi niewierzących? Chodzi o zwyczajne rzeczy np. o: serdeczność, uczciwość, przebaczenie, o kulturę słowa, trzeźwość, modlitwę i wiarę w moc sakramentów? W czym jest istota nowości chrześcijaństwa, w czym jesteśmy inni od tych, którzy nie wierzą w Jezusa Chrystusa? To podstawowe pytania w życiu katolika. Ciekaw jestem jak rozumiecie wyjątkowość wiary w Jezusa? Wydaje mi się, że odpowiedzenie na te pytania jest niesłychanie ważne. Może uda nam się porozmawiać o tym na Kolędzie? Chętnie porozmawiam z każdym i z każdą z Was o tym, gdzie i jak szukać źródła nowości – Wody Życia, która nie pozwala nam zwiędnąć, lecz czujnie czekać na spotkanie z Bogiem, gdy nasze ziemskie dni się wypełnią?

       Drugą sprawą o której chcielibyśmy, jako duszpasterze, porozmawiać z Wami podczas Kolędy, to odwiedziny figury Totus Tuus (czyli Cały Twój) w chylońskich domach. Jak zapewne wielu z Was wie, od maja 2011 r., po beatyfikacji Jan Pawła II, rozpoczęła się pielgrzymka po naszych domach dwóch figur przedstawiających Najświętszą Maryje Pannę i Jana Pawła II. Ciekawi jesteśmy Waszych wrażeń i refleksji po wspomnianej wizycie. Każda rodzina i każdy mieszkaniec miał lub będzie miał okazję, by przez jedną dobę gościć wspomnianą figurę, do której dołączony jest modlitewnik. Czas nawiedzin ma być czasem wspólnej, rodzinnej i sąsiedzkiej modlitwy, czasem zobaczenia w Maryi i Janie Pawle II, ludzi w których ciągle była nowość i świeżość życia. Karol Wojtyła, zarówno jako młody chłopiec jaki i jako chory i sędziwy mężczyzna, zawsze nosił w sobie tajemnicę nowości i świeżości. Ufam, że Jego odwiedziny w naszych domach w znaku figury Totus Tuus, pomogą nam w odkryciu tej tajemnicy.

        O tym wszystkim odważnie porozmawiajmy na Kolędzie.

 

 

Ks. Jacek Socha

/proboszcz/

Duchowość śpieszącego się księdza

 

 

        „Nie ma nic ważniejszego dla człowieka, aniżeli determinacja w opanowaniu pośpiechu”. Słowa Henry Thoreau, amerykańskiego pisarza z XIX wieku, szczególnie dzisiaj nabierają ogromnego znaczenia. Wydaje się, że w sposób szczególny mogą zostać zaadresowane do współczesnych księży. Warto jednak zauważyć, że pośpiech w życiu każdego człowieka nie jest pierwszym źródłem zagrożenia w przeżywaniu powołania, ale jest skutkiem nieporządku w innych dziedzinach życia. W poniższej, krótkiej refleksji, którą oparłem głównie na myśli Ronalda Rolheisera, chciałbym przyjrzeć się temu zjawisku.

         Stwierdzenie, iż w XXI wieku śpieszymy się w chory sposób wydaje się oczywiste. Wrażliwy i mądry ks. Henri Nouwen opisuje powyższe zjawisko z dużą wnikliwością: ” Cechą charakterystyczną codzienności jest to, że jesteśmy ciągle czymś zajęci. Człowiek współczesny doświadcza, iż jego dzień wypełnia wiele spraw do zrobienia, ludzi z którymi musi się spotkać, projekty, które musi skończyć, listy które musi napisać, rozmowy telefoniczne które musi wykonać i zadania które musi podjąć. Nasze życie sprawia wrażenie przepełnionej walizki, której nie można domknąć. A jednocześnie mamy wrażenie, że ciągle nie możemy zrealizować planów. Istnieje poczucie niedokończonych zadań, niewypełnionych obietnic i niepodjętych propozycji. Ciągle jest coś, o czym powinniśmy pamiętać, by to zrobić lub o czymś powiedzieć. Nieustannie są ludzie z którymi jeszcze powinniśmy porozmawiać lub się spotkać. Chociaż jesteśmy tak zajęci, mamy ciągle odczucie, iż nie wypełniamy do końca swoich obowiązków i zadań.” Tak pisał holenderski ksiądz reflektując nad swoim życiem. Można to spuentować stwierdzeniem: ciągle się śpieszymy.
        Co jest takiego złego w śpieszeniu się? Każdy, kto się śpieszy może odpowiedzieć tak: pośpiech wywołuje: napięcie, podwyższone ciśnienie, wypadki samochodowe i okrada nas ze zdolności doświadczania danej chwili. Z perspektywy życia duchowego możemy powiedzieć, iż pośpiech jest przeszkodą w duchowym wzroście. Donald Nicholl, brytyjski, dwudziestowieczny historyk i teolog katolicki, idzie dalej w refleksji nad pośpiechem i twierdzi, iż: „pośpiech jest formą przemocy w przeżywaniu czasu”. Nicholl dodaje, iż istnieje forma chciwości polegająca na przywłaszczeniu czasu, który należy do Boga. Można zapytać jak to się dzieje? Jaki jest związek miedzy chciwością a pośpiechem? Otóż, bardzo często chciwość kojarzymy jedynie z sprawami materialnymi. Jednakże chciwość związana jest również z innymi rzeczywistościami. W życiu wielu z nas przybiera ona bardziej subtelną formę aniżeli ta w bożonarodzeniowym opowiadaniu Dickensa, w której jej bohater-skąpiec, poprzez swoją chciwość pieniędzy, stawał się przyczyną niesprawiedliwości . Okazuje się bowiem, iż bardziej od pieniędzy ludzie pragną doświadczenia. Wydaje się czasami, iż my-ludzie chcielibyśmy „wypić” cały świat. Chcielibyśmy podróżować do wszystkich miejsc, nic nie stracić, poczuć wszystko i niczego nie przegapić. Chcemy chwycić wiele rzeczy w jednym momencie. Chcemy posiadać wrażenia i doświadczenia dlatego, że pragniemy wielu rzeczy. Chcemy: wiedzy, sensacji, osiągnięć, pozycji i wielu innych spraw. Jesteśmy chciwi na inny sposób, aniżeli byli chciwi nasi przodkowie. Jednakże chciwość działa tak samo, choć w innej formie. Dla wielu z nas problemem jest nie to, że chcemy skonsumować zbyt wiele jedzenia czy napoju, ale to, że chcemy mieć zbyt wiele doświadczeń. Śpieszymy się ciągle, gdyż jesteśmy niespokojni i nienasyceni w kosztowaniu życia. Jest to ten rodzaj pośpiechu, który subtelnie wypływa z chciwości, a który jest gwałtem na sposobie przeżywania czasu i staje się przeszkodą we wzroście w świętości.
Są oczywiście inne rodzaje pośpiechu, które wynikają ze zwyczajnych obowiązków i okoliczności naszego życia. Niemal każdy w swoim podejściu do pracy doświadcza zbyt wielu rzeczy i musi żonglować z wyzwaniami w pracy, a prócz tego musi balansować w relacjach rodzinnych, kościelnych, szkolnych i w wielu innych . Walczymy codziennie z setkami spraw: z płaceniem rachunków, pracami domowymi, chorobami, niechcianymi naprawami, przygotowaniami posiłków, z odwiedzinami w urzędach, z niezliczonymi sprawami, które zabierają nam tak wiele czasu. Wszystko to sprawia, iż czas zaczyna być zbyt krótki.
        Ewangelia mówi nam, że nawet Jezus śpieszył się i bywał tak zajęty, iż nie miał czasu na to, by coś zjeść. Myślę, że nas to nie dziwi. Jest więc taki pośpiech, który nie ma nic wspólnego z chciwością. Czasami musimy się śpieszyć, by po prostu wypełnić swoje powołanie i ów pośpiech nie jest przeszkodą na drodze do świętości. Jeden z nieżyjących już gdańskich kapłanów miał świadomość, że nie będzie długo żył, dlatego śpieszył się w kapłańskim posługiwaniu. Jednakże trzeba być uważnym, by zbytnio nie racjonalizować pośpiechu. Bóg nie popełnił błędu stwarzając czas. Stwórca dał nam go wystarczająco dużo. Gdy zbyt często się śpieszymy i nasz pośpiech trwa zbyt długo, wtedy zawsze kończy się to przemocą na czasie, na nas i na naszym zdrowiu fizycznym, psychicznym i duchowym.

 

 

Ks. Jacek Socha

Słowo księdza proboszcza do członków wspólnot neokatechumenalnych

1. W związku z rozpoczęciem głoszenia katechez w naszej parafii (od 6 listopada 2011 r.) proszę wszystkie wspólnoty o zaangażowanie się w zaniesienie zaproszeń do tutejszych parafian. Proszę, byście dotarli do wszystkich, którzy mieszkają na terenie tej parafii. Odwagi! Nie bójcie się iść tam, gdzie mogą Was nie przyjąć. Idźcie z miłością do każdej osoby, pukajcie do drzwi każdego mieszkania. Proszę również, by każda osoba będąca już we wspólnocie podjęła, w czasie do 6 listopada, godzinną adorację Najświętszego Sakramentu w intencji ekipy głoszącej i tych, których Pan powołuje do słuchania katechez. Wierzę, że adoracja którą od ponad roku podjęliśmy w dolnym kościele już owocuje wieloma łaskami. Ufam, że również modlitwa adoracyjna w związku z katechezami wyda plon stokrotny.
 

2. Zbliża się nasze święto parafialne – odpust św. Mikołaja. W związku z tym będziemy gościli niezwykle ciekawego kaznodzieję- Ojca Pawła Kozackiego, przeora dominikańskiego z Krakowa, który przez wiele lat był redaktorem miesięcznika „W drodze”. Każdą osobę ze wspólnot proszę o uczestnictwo w rekolekcjach przed odpustem (niedziela, poniedziałek) oraz w sumie odpustowej – 6 grudnia o 18.30. Wasz udział w tych wydarzeniach będzie z pożytkiem duchowym dla każdej osoby, jak również będzie to forma budowania jedności wewnątrzparafialnej, na czym bardzo mi zależy.
Mam marzenie, by działalność wszystkich wspólnot i grup w naszej parafii była jak wielki bukiet różnych kwiatów, jeden a jednocześnie różnorodny, stąd w procesji z darami podczas sumy odpustowej, reprezentant każdej z nich przyniesie swój kwiat, który z innymi stworzy piękny bukiet.
W związku z powyższym nie będzie Eucharystii we wspólnotach w sobotę, 3 grudnia.
 
3. Jak widzicie, coraz więcej dzieje się w domu parafialnym. Jest coraz więcej osób korzystających z pomieszczeń w tym budynku. Na dniach zostaną wymienione kolejne okna, zmieniliśmy już część grzejników. Proszę więc, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, byście zatroszczyli się o zamykanie drzwi, gaszenie świateł i oszczędzanie ogrzewania. To nasza wspólna sprawa. Dom parafialny ma ok. 500 m2, to bardzo dużo, dlatego też rachunki za energię, wodę i ogrzewanie są wysokie. Miejcie to na uwadze.

Pozdrawiam w Panu
Ks. Jacek Socha
/proboszcz/

Co możemy zrobić? List cz. II

Gdynia. 2011.09.30
W Chyloni dzieją się cudowne rzeczy!!!
      Są już odpowiedzi na zeszłoniedzielny list – a więc przepływ miłości jest możliwy! Poniżej przedstawiam świadectwo pewnego parafianina, który przełamał swój lęk i poszedł szukać potrzebujących. Przeczytaj poniższe fragmenty jego listów e-mailowych na temat cudów, które się dzieją.

Część I.
         Ponieważ dużo łaziłem po bunkrach i innych opuszczonych miejscach to wiem gdzie znaleźć bezdomnych. O dziwo ostatnio niedaleko nas znalazłem dwóch panów pomieszkujących w naszej okolicy, zagryzających pasztet z lidla i popijających wino marki wino odzianych jednak przyzwoicie i wyglądających na prawdziwych bezdomnych "nie z wyboru". Piszę o tym, gdyż może ktoś jeszcze poza mną z parafii ma możliwość, przełamać swój strach, podejść, pogadać, zanieść im papier toaletowy, jedzenie, kołdrę… a może nawet Pismo święte jak komuś zbywa.
        Panowie są mili, nie śmierdzą, nawet nie są pijani, ale bieda aż piszczy. W tej budzie nie ma nawet drzwi, więc do zimy jakoś trzeba ich przygotować, a do przytułka nie pójdą.
Część II.
        Ponownie piszę, aby zdać raport. Pismo Święte już mają. Opowiem jakie miałem doświadczenie z tym zanoszeniem Boga. Po pierwsze dziękuję za to kazanie, bo zwyczajnie pierwszy raz w życiu wziąłem sobie taką akcję do serca. Jest parafia, jest konkretne działanie. Jest mi z tym dobrze, acz nie piszę by się obnosić, a jedynie mam przeczucie że więcej dobrego wyniknie jak jednak opowiem, że ten plan zadziałał.

       Pomoc tym ludziom przebiegała początkowo bez ich udziału, bo ich nie zastałem, posprzątałem im, przyniosłem wodę, papier toaletowy, kosmetyki, ciuchy itp. Potem stwierdziłem że jeszcze pojadę po sztućce i talerze jednorazowe póki jeszcze nie wrócą. Jednakże wtedy zaczął mnie boleć mocno brzuch. Bałem się, że się zaraziłem jakimś brudem, zanim dotarłem z powrotem zginało mnie już z bólu żołądka, co u mnie jest niespotykane. Pytałem: "Panie Jezu, ja tu pomagam a ty mi taką pokutę podrzucasz jeszcze.. o coś ci chodzi?". Ale kiedy wróciłem ze sztućcami jednorazowymi oni już byli. Nic im nie powiedziałem jeszcze poza "dzień dobry", a oni podziękowali mi i uściskali z radości dodając "niech panu Bóg błogosławi". W tym momencie ból opadł ze mnie jakby go nie było.
      Po czasie dotarło do mnie to, co powinno dotrzeć: prawda, że spotkanie z nimi potrzebne było zarówno im jak i mnie. Mówię o miłości i relacji człowieka z człowiekiem, bo to ona zdejmuje ból. Samo przekazanie rzeczy w ukryciu byłoby miłe… ale to właśnie przyznanie się przed nimi twarzą w twarz, że coś dla mnie znaczą i że mam ochotę jeszcze ich odwiedzić – to było to.

     Z tym sprzątaniem, to może się wydać przesadą… ale tak jak jednym z miłości potrzebny jest kop od życia… tak drugim, tym bez nadziei potrzebny jest napływ pozornie nieuzasadnionej miłości, nawet za cenę poniżenia.. taki zaczyn na chleb.

parafianin
 
 
 
 


Co możemy konkretnie zrobić?
       W wyniku rozmów i korespondencji w ostatnich dniach chciałbym zaproponować:
1. Utworzenie patroli pomocy najbardziej potrzebującym. Kto by chciał pójść z wraz z innymi do najbardziej potrzebujących nie musi tego czynić sam. Zgłoszenia chętnych poprzez kontakt z księżmi ( kontakt do mnie e-mail: jsocha@gsd.gda.pl; tel. 58 6634414) lub przez biuro parafialne.
2. Utworzenie ekip modlitewnych, które chodziłyby po naszej parafii (po dwie lub więcej osób modląc się w ciszy np. na różańcu za miejsca i ludzi, którzy mieszkają w mijanych domach).
3. W niedzielę, 9 października odbądźmy wszyscy spacer modlitewny po naszej parafii!!! Pójdźmy „omodlić” te miejsca gdzie wydaje się nam, że ludzie najbardziej potrzebują naszej pomocy. Niech to będzie modlitwa skromna i ukryta, bez żadnych oznak ostentacji. Odmówmy w ciszy koronkę, różaniec lub inną modlitwę. Niech to będzie odpowiedź na wołanie bł. Jan Pawła II o miłość, bez której nie ma prawdziwej solidarności , w taki sposób ta niedziela będzie prawdziwie dniem papieskim.
4. Pojawiła się również inicjatywa utworzenia grupy poszczących i stale się modlących. Może w ten sposób powstałby grupa brewiarzowa, czyli grupa osób regularnie modlących się w naszej świątyni Liturgią Godzin w intencji najuboższych i najbardziej potrzebujących? Zgłoszenia i pomysły na temat takiej grupy proszę kierować również od mnie lub do biura parafialnego.
 
        Cieszę się z rzeczy, które zaczynają się dziać w odpowiedzi na mój list z 25.09.2011 r. Módlmy się byśmy zawsze potrafili być posłuszni Jezusowi.
Ks. Jacek Socha /proboszcz/

List ks. Proboszcza Jacka Sochy do parafian w związku z powołaniem nowej Rady Duszpasterskiej

Gdynia, 2011-09-24
List „Dokąd pragnie pójść Jezus w naszej parafii?”

Moi Drodzy
          Piszę ten list w przeddzień inauguracji pracy nowej Parafialnej Rady Duszpasterskiej (dawniej używano nazwy Rada Parafialna), czyli grona ludzi świeckich, którzy wraz duszpasterzami podejmą pracę i refleksję nad tym: kim jako parafia jesteśmy i dokąd zmierzamy?

         Parafia to wspólnota ludzi, która powinna, co jakiś czas, podejmować refleksję również nad samą sobą. Jako proboszcz chciałbym rozpocząć nasze rozważania przywołując jedną z najpiękniejszych chwil z życia naszej parafii, a mianowicie dzień Bożego Ciała. To święto, pewnie każdemu z nas od dzieciństwa, kojarzy się z uroczystą procesją. Owa procesja z Najświętszym Sakramentem „mówi” o obecności Boga. On jest i to jest w zadziwiający sposób. W procesji prowadzimy Jezusa do różnych miejsc, a On jest tak pokorny, że daje się powieść tam, gdzie my Go zabierzemy. Ta z góry ustalona i wyznaczona trasa ulicami naszej, chylońskiej parafii pokazuje głęboką i piękną prawdę o życiu każdego z nas: Bóg jest wierny, On nie opuścił nikogo z nas, podążał za nami w miejsca i sytuacje, które wydają się zupełnie nie przystawać do Bożych pragnień dobra, miłości, prawdy… Myśląc o parafii warto zadać sobie ważne pytanie: dokąd ja zaprowadziłem/łam Boga? Dokąd jako parafia zaprowadziliśmy Boga? Te pytania wydają się absurdalne, a jednak pokazują prawdę – Bóg w swojej pokorze, z powodu niepojętej miłości do nas, pozwala się prowadzić w najciemniejsze, najbardziej odrażające miejsca naszego życia. Jest z nami w sytuacjach naszego pohańbienia. Pozwala się ranić, odrzucać, oskarżać, zdradzać, słucha naszych przekleństw, obelg- i nadal jest wierny… idzie za nami aż do otchłani grzechu… Jego Miłość nie ma granic – krzyżujemy Go naszym grzechem, a On umiera, zwycięża śmierć i przynosi nam zbawienie… To pierwszy aspekt życia wspólnoty parafialnej.
           Kolejną prawdą związaną z życiem parafii i procesją Bożego Ciała, jest ta wyrażająca się w odpowiedzi na pytanie: dokąd Pan Jezus pragnie pójść? Odwołam się do książki „Mój Chrystus połamany”, do sytuacji, gdy Jezus „mówi”, że są miejsca, gdzie On chodzi, do których my nie chcemy pójść. Chodzi może nawet nie o miejsca, ale o ludzi: ubogich w różnych aspektach, odrzuconych, często nieprzychodzących już do kościoła, do których pragnie dotrzeć Bóg. Chciałbym sobie i Wam przypomnieć ludzi, których spotykamy codziennie w sklepie, na ulicy: czasami pijanych, zachowujących się agresywnie, wulgarnie, a czasami po prostu znękanych, przytłoczonych, wyniszczonych fizycznie… Młodą jeszcze kobietę, matkę kilkorga dzieci, która jest już prawie bezzębna, i taką, o której wiadomo, że każde dziecko ma z innym mężczyzną… Rodzinę, cieszącą się złą sławą w dzielnicy i dzieci, które są postrachem sąsiedztwa i pobliskiej szkoły. Ludzie ci odstraszają swoim zachowaniem, wyglądem, nędzą nie tylko materialną, ale także moralną… Czasami budzą naszą litość, czasami strach a niekiedy nawet pogardę. Nie są już w stanie panować nad swoim życiem, i ich nędza staje się widoczna. Są obnażeni – jak Jezus na krzyżu… Dlatego łatwo ich oceniać, nawet potępiać. Dlatego zostali zepchnięci w takie miejsca i pozostawieni sami sobie, bez szans na przyszłość. Nie chcemy ich widzieć, wolimy zapomnieć… Mając przed oczami tych ludzi warto usłyszeć pragnienie Jezusa : to są zagubione dzieci, które Ja chcę przywrócić Ojcu… Pan Jezus, niesiony przez nas w odświętnej atmosferze Bożego Ciała, pragnie pójść do tych miejsc i do tych ludzi; pragnie obdarzyć ich swoją miłością, upomina się o nich… Ale czy my jesteśmy gotowi, żeby odpowiedzieć na Jego pragnienie? Czy potrafimy pójść za Jezusem w takie miejsca? Czy jesteśmy gotowi zanieść Go tym ludziom? Z pewnością nie jest to łatwe – wejść do domu, gdzie się kłócą, obrzucają wyzwiskami, nie zważając na obecność obcych, gdzie nie mają czym poczęstować, a czasem nawet nie ma na czym usiąść… gdzie panuje smród, brud, wilgoć, zimno… gdzie może wcale nas nie chcą… Czy warto odwiedzić taki dom? Wielu chrześcijan zapytanych o to odpowiedziałoby: Oni odrzucają pomoc, ranią tych, którzy próbują wyciągnąć do nich rękę, nie chcą zmienić swojego życia… Ja, ksiądz wielokrotnie odpowiadałem: Oni nie chcą chodzić do kościoła, nie chrzczą swoich dzieci, żyją bez sakramentu małżeństwa, nie przyjmują księdza….Ile więc potrzeba odwagi, wytrwałości, prawdziwej miłości, aby przyjąć nieufność takich osób, odrzucenie, łamanie umów, wykorzystywanie naszych dobrych intencji… A jednak to właśnie jest prawdziwa Miłość! I takiej właśnie miłości oni potrzebują.
          Dlaczego Jezus pragnie nas tam zaprowadzić? Z pewnością nie tylko ze względu na tych ludzi. Także dla nas samych. Oni są darem dla nas, pokazują nam, jak bardzo brakuje w nas miłości – jeśli obok nas ludzie cierpią w samotności, jeżeli doświadczają takiej nędzy, braku szacunku, obojętności – to co się stało z naszymi sercami? Co warta jest wspólnota, która żyje sama dla siebie? Chrześcijańskie rodziny, zgrupowane wokół parafii, potrzebują takich właśnie rodzin, aby się nauczyć prawdziwej miłości. To prawda, że ci ludzie odstraszają swoim moralnym ubóstwem, złem, któremu ulegają, że budzą zgorszenie – ale czy zamykanie się we własnym wygodnym świecie, w elitarnym klubie „dla prawdziwych chrześcijan” nie jest także złe? Zło tych ludzi jest na wierzchu, rzuca się w oczy, a brak miłości jest ukryty…
          Od czego więc możemy zacząć? – myślę, że od modlitwy, od tej osobistej np. na adoracji w dolnym kościele i tej wspólnej. Przez modlitwę łączymy się z Bogiem, i w Nim- tworzy się więź pomiędzy nami, przepływa miłość. Często podczas Mszy św. czy spotkań we wspólnotach modlimy się za ubogich. Jednak są oni dla nas anonimowi, nie czujemy więzi z nimi. Tymczasem żyją wśród nas, tak blisko… Może wystarczy poznać imię osoby, która mieszka w moim sąsiedztwie, którą codziennie widzę na ulicy… Może warto pozdrowić taką osobę, zagadnąć, zapytać o coś… Kiedy kogoś znamy bliżej, nasza modlitwa za niego staje się bardziej osobista, zaangażowana, pragniemy przedstawić Bogu jego potrzeby, troski. A przez modlitwę On daje łaskę, objawia nam swoje pragnienia, daje siły i odwagę do podjęcia wyzwania…
         Jestem przekonany, iż bardzo ważną rolę odgrywają w naszej parafii: księża, osoby konsekrowane, szafarze, katechiści, animatorzy, zelatorzy, wychowawcy w świetlicy i Klubie Młodzieżowym, członkowie wspólnot i grup, czyli tzw liderzy parafii. To oni muszą poprowadzić innych tam, gdzie chce pójść Pan Jezus, a dokąd boimy się chodzić. Muszą pokazać, że wspólnota parafialna nie ogranicza się do wiernych obecnych w kościele i w domu parafialnym. I nie wystarczy, o tym mówić. Zdaję sobie sprawę, że chodzi o świadectwo, aby pokazać swoim przykładem, wychodząc do ubogich, pochylając się nad nimi z miłością. To liderzy parafialni mogą zainicjować działania, które przekroczą podziały społeczne, w których parafianie będą dzielili się dobrem. Bóg pragnie dla nas największej, najpiękniejszej Miłości. On nie stoi w miejscu – wciąż nas prowadzi, abyśmy wzrastali w Jego łasce. Wspólnota, która się podda Jego prowadzeniu, stanowi w Kościele szczególne miejsce, promieniujące wiarą, nadzieją i miłością, w którym Bóg pociąga ludzi do siebie, włącza ich w swoje cudowne Życie, gdzie wypełnia się Królestwo Boże na ziemi.
          Zapraszam do wspólnego pójścia za Jezusem i liczę na Waszą odpowiedź, listowną i nie tylko, na powyższy tekst.
Ks. Jacek Socha /proboszcz/

Sakrament dla wystarczająco słabych

      Ojciec Joachim Badeni usłyszał kiedyś w konfesjonale: „Ty chamie, ty parobku, jak ty żyjesz?”. Miał wtedy dwadzieścia dwa lata. Jak twierdził było to prawdą, ale źle powiedzianą[1]. Następnie w czasach swej młodości chodził do spowiedzi dwa razy w roku i czynił to tylko ze względu na rodzinę. Tamte spowiedzi, choć były ważne, wprowadziły w jego życie lęk. O. Badeni podkreślał, że było tak, bo nic nie wiedział o Duchu Świętym.
 

        Gdzie jest Duch Święty w spowiedzi św.?
       Ewangelia mówi nam, że pewnego dnia Maria z Betanii namaściła Jezusa drogocennym olejkiem. Działo się to w domu Szymona Trędowatego. Po rozbiciu naczynia z drogocennym, alabastrowym olejkiem wspomniana kobieta namaściła Jezusa, a przyjemny zapach rozszedł się po całym domu. Maria miała niezwykłą intuicję, co do tego co stanie się z Jezusem na krzyżu. Ciało Jezusa było naczyniem zawierającym najbardziej cenny perfum, którym był Duch Święty. Przebicie ciała Jezusa umierającego na krzyżu było wylaniem Ducha Świętego na cały świat. Duch Święty, w momencie naruszenia ciała Jezusa , jak drogocenny olej, rozlał się na przeszłość, teraźniejszość i przyszłość ludzkości.
Kto może doświadczyć tego Jezusowego „zapachu”? Niezwykle ciekawą odpowiedź daje Jean Corbon, melchicki ksiądz katolicki. Otóż stwierdza on, iż Duch Święty przychodzi do tych, którzy są wystarczająco słabi, by Go przyjąć[2]. Zapytajmy więc dalej, w czym przejawia się owa słabość? Wydaje się, że jest ona związana z otwartością.
      Adrienne von Speyr, XX-wieczna, szwajcarska mistyczka, twierdzi że umierający Jezus był na krzyżu cały dla Ojca i była to postawia spowiedzi, w której Jezus był słaby otwartością[3]. Był całkowicie otwarty na wolę Ojca. Miłość Ojca ogarnęła umierającego Syna i miłosne posłuszeństwo Syna wzniosło się ku Ojcu i tak objawił się „zapach” Ducha świętego. Postawa Jezusa na krzyżu była najpiękniejszą spowiedzią w historii świata. Pełna słabości otwarcia i obecności Ducha[4].
      Od siedemnastu lat pełnię posługę spowiednika i muszę przyznać, iż powyższych prawd wpierw doświadczyłem, a dopiero później zrozumiałem je w sensie teologicznym. Zawsze, gdy ktoś swoją drogę wiary przeżywa autentycznie i odważnie dochodzi do momentu swojego krzyża i z całą otwartością, i prawdą o swojej słabości staje przed Bogiem w sakramencie Pokuty i Pojednania, wtedy dzieje się to, co stało się na krzyżu- woń Ducha Świętego rozlewa się obficie. Słabość otwartości, dzisiaj powiedzielibyśmy duchowa transparentność, staje się przestrzenią działania Ducha. Nie raz miałem okazję zobaczyć jak wielką radość i wolność daje Bóg tym, którzy są słabi otwartością. Dzisiaj wiem, że „poczułem wtedy woń” Ducha Świętego a osoby, które spowiadałem były w tym momencie wystarczająco słabe, by przyjąć Ducha.
     Sakrament Pokuty jest spotkaniem pobitego człowieka z Jezusem Chrystusem, który jak Dobry Samarytanin opatruje rany i namaszcza Duchem Świętym poranionego człowieka. Jako spowiednik czuję się pomocnikiem Samarytanina. Pomagam mu zanieść pobitego do Gospody, którą jest Kościół i tam szukam dla niego mocy i mądrości Bożej. Czasami, by woń Ducha rozlała się w Gospodzie-Kościoła, potrzeba tylko serdecznej obecności i mocy rozgrzeszenia; innym razem potrzeba mądrego słowa i długiej rozmowy, ale zawsze potrzeba otwartości w słabości. Co ważne, owa otwartość w słabości dotyczy zarówno spowiadającego się jak i spowiednika. Spowiednik jeśli chce rozlewać woń Ducha musi, podczas sprawowania sakramentu Pokuty, stawać przed Bogiem ze swoją pustką i słabością, przywołując Ducha Odnowiciela, tak by On mógł „zobaczyć wystarczającą słabość” i w niej zagościć.
 
 
Ks. Jacek Socha



[1] Por. J. Badeni, Czego dusza pragnie. Elementarz duchowy, Kraków 2011, s. 39.
[2] Por. J. Corbon, Liturgia. Źródło Wody Życia, Poznań 2005.
[3] A. von Speyr, Spowiedź, Poznań 1996.
[4] Interesujące jest w tym kontekście stwierdzenie Jan Pawła II, iż uprzywilejowanym miejscem obawiania się Ducha Świętego jest Sakrament Pokuty i Pojednania (Por. Encyklika „Dominum et Vivificantem”)
« Starsze posty Nowsze posty »