Gdynia Chylonia ul. św. Mikołaja 1, tel. 58 663 44 14

Kategoria: Po drodze – blog ks. J. Sochy (Strona 1 z 42)

Chciałbym zapamiętać to, co dzieje się „po drodze” w moim życiu, a przez zapisywanie i dzielenie się ową pamięcią z innymi, pragnę stać się świadkiem Tego, który jest ze mną na drodze życia. Owego „po drodze” nie rozumiem jako określenia wskazującego na przygodność, czy też przypadkowość, ale raczej rozumiem je jako przestrzeń, czy też scenę dla wydarzeń.

Ludzie, którzy niczego już nie oczekują… nawet od Boga

 
    Dzisiaj mało kto czyta dokumenty, zwłaszcza kościelne. Mimo to chciałbym zwrócić uwagę na jeden z ostatnich tekstów , które wydał Watykan. Jest on zatytułowany „Przyjdźcie do Mnie. Rozważania na temat przekazywania wiary w obliczu epokowych zmian”. Jest w nim bardzo ciekawy punkt nr 17: „Wypełniając swoją misję, Jezus nie ogranicza się do głoszenia bezwarunkowej miłości Boga, ale daje jej konkretne świadectwo, okazując szczególną sympatię tym, którzy niemal niczego od nikogo nie oczekują: ani od swoich krewnych, ani od przyjaciół, ani od współobywateli, ani od współwyznawców, a być może nawet od Boga Przymierza Ojców. Z powodu cierpienia – spowodowanego nieuleczalnymi chorobami czy tragicznymi zwrotami losu – osoby te są często uważane za „ostatnie” w społeczeństwie. A jednak to właśnie one stają się „pierwszymi” w sercu Pana Jezusa (por. Mt 20, 16). To właśnie tych „ostatnich/pierwszych” Jezus zaprasza bardziej niż kogokolwiek innego, aby zbliżyli się do światła, które oświeca każdego człowieka – to znaczy do światła miłości Ojca. W ten sposób, poprzez swoją bliskość, słowa i cuda, Jezus rozpala w nich na nowo nadzieję na możliwość ponownego nabrania nadziei, wiarę w możliwość ponownego zaufania, możliwość ponownego posiadania możliwości. Sprawia w nich cud, którym jest możliwość ponownego uwierzenia w cud we własnym życiu„.
    Piosenka „Jeszcze w Zielone Gramy” wyraża dużo prościej i poetycko to, co dokument watykański opisuje na swój sposób. Czasami dokument i poezja dobrze się dopełniają.

Co może zatrzymać dzieci i młodych w Kościele?

 
    Czytam październikowy miesięcznik „W drodze” zawierający teksty dotyczące pytania: Gdzie gubimy dzieci w Kościele? Jest w nich m.in. wypowiedź matki, która będąc wraz mężem w Kościele, była zadziwiona, iż ich dziecko zrezygnowało z praktykowania. Kilka dni temu spotkałem znajomą, która opowiedziała mi historię swojej córki, która jako nastolatka bardzo dobrze czuła się we wspólnocie Kościoła i była w niej mocno zaangażowana. Jednakże gdy została studentką, odeszła od praktyk religijnych.
   Mamy problem z przekazywaniem wiary i tworzeniem środowiska kościelnego, w którym młodzi widzieliby życiodajność. Wydaje mi się, że nie wystarczy już dzisiaj dynamicznie i mądrze mówić o Bogu oraz tworzyć grupy otwarte na młodych i przede wszystkim na działanie Ducha. Nie wystarczy nawet dać im, jak jest to w Postcresimie, dobre relacje z wierzącymi dorosłymi. To, co jeszcze jest dzisiaj potrzebne, to wprowadzenie młodych, przy wsparciu i liderowaniu dorosłych, w posługę miłości względem ubogich, która ma charakter ewangelizacyjny. Tam będą widzieli „wiarę, która działa przez miłość”.
   W naturalny sposób takie doświadczenie zrodziło się, w mini skali, w gdyńskim „Mikołaju”, gdy rodzice zaczęli przyprowadzać dzieci i młodzież na przygotowanie Zupy Chylońskiej i spotkanie z ubogimi. Młodzież zeStowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa, harcerze, dzieci naszych wolontariuszy byli świadkami tego, jak głoszenie Kerygmatu i „karmienie głodnych” łączą się, tworzą jedno, a Ewangelia daje życie i radość im samym, ich rodzicom i ubogim.
  Jest jeszcze inne miejsce, gdzie widzę taką właśnie dynamikę: to dzieciaki i młodzież zeStowarzyszenie św. Mikołaja Biskupa. Nie są oni grupą stricte religijną. Mają po prostu zajęcia socjoterapeutyczne, które dzieją się jednak w przestrzeni parafialnej. Dorastają, dojrzewają, zdrowieją w „cieniu parafii”. Czasami widzą któregoś z księży, który się do nich uśmiechnie; podpatrują życie wspólnotowe dziejące się w domu parafialnym i widzą… że wiara daje życie. Dom parafialny jest dla nich miejscem życiodajnym.
  Chcę jeszcze wspomnieć o pewnym fenomenie naszej kawiarenki niedzielnej. Otóż, jest ona miejscem do którego przychodzi A, jeden z naszych bezdomnych. Wcześniej uczestniczy w Eucharystii, a potem idzie z naszymi rodzinami na kawę. Co ciekawe, niektórzy rodzice, widząc że jest bezpieczny i trzeźwy, zgadzają się, by ich synowie grali z nim w szachy. Wzrusza mnie zawsze ten widok i mam nadzieję, że bycie na Mszy Świętej, a poźniej gra w szachy z człowiekiem ubogim są bardzo dobrym doświadczeniem wiary dla naszych „mikołajowych” dzieci.
  I na koniec. Otóż, kiedy byliśmy na tegorocznym, jesiennym, weekendowym wyjeździe „Barankowym” w Białogórze, miała miejsce taka oto rozmowa między jednym z chłopców a mną:
– czy ksiądz był dzisiaj w Gdyni, by odprawić niedzielną Mszę o 10:00?
– Tak , byłem.
– A był ksiądz potem w kawiarence ?
– Tak byłem krótką chwilę, gdyż chciałem prędko do Was wrócić ?
– A był pan A. ?
Co musiało się zadziać w sercu tego chłopca, iż on już pamięta bezdomnego A. i ma w sobie o niego troskę ? Mam nadzieję, że to go na długo i mocno zakorzeni w żywym Kościele.

Droga nadziei

 
   Ukazał się piękny i mądry dokument watykański na tematy bardzo trudne. Mówi głównie o spotkaniu z innymi, o dialogu z żydami, muzułmanami i innymi religiami. Dokument o owocach deklaracji Nostra Aetate, które pojawiały się w minionych 60 latach. O tym, że jesteśmy już w innym miejscu. Podpisali go trzej szefowie ważnych dykasterii watykańskich, a zaaprobował papież Leon XIV. Jest to więc aktualne nauczenie Kościoła katolickiego i warto do niego zajrzeć.
   Chyba najbardziej poruszyły mnie dwa fragmenty:
1. nadszedł czas, by promować nową etykę dialogu: kulturę złożoności, elastyczności i przyjaźni. Nie chodzi już o to, by obawiać się lub trzymać na dystans „innego wierzącego”, inną cywilizację, inny sposób myślenia, ale by odważyć się na spotkanie. Ten, kto niegdyś był postrzegany jako zagrożenie, wróg, którego należy się bać, szanować z daleka, czy wręcz zniszczyć, może stać się rozmówcą, sojusznikiem, przyjacielem, a nawet „pielgrzymem prawdy”[90], z którym można dzielić wspólny odcinek drogi. Cywilizacje i religie mogą oczywiście wchodzić w napięcia, ale mogą też wchodzić w rezonans, w twórczą dynamikę, potrafiąc przekształcić różnorodność w solidarność. Inność nie powinna już być postrzegana jako przeszkoda, ale jako wyzwanie, z którym należy się zmierzyć. W świecie uwięzionym w duchocie immanencji wierzący, należący do różnych religii, nie chcą rezygnować z przedstawiania światu prawdy o transcendencji i miłości Boga do wszystkich ludzi. Jest to szczególnie ważne w czasach, gdy niekiedy „gardzi się pismami, które powstały w kręgu przekonania łączącego się z wiarą, zapominając, że klasyczne teksty religijne ofiarują sens dla wszystkich epok, posiadają motywującą siłę, która otwiera zawsze nowe horyzonty, pobudza myśl, poszerza umysł i wrażliwość”[91].
2. ….Kapłani, zakonnicy i świeccy żyją dziś w dzielnicach wieloreligijnych, gdzie sam fakt życia w pokoju, bycia obecnym dla siebie nawzajem – jako sąsiedzi – jest już świadectwem. Pary międzyreligijne, grupy młodzieży i lokalne wspólnoty nieustannie wymyślają nowe formy współżycia społecznego. Wszystkie te owoce, czasem jeszcze w zarodku, niewidoczne, ale płodne, ucieleśniają intuicję dokumentu Nostra aetate: życie w świecie jako świadkowie miłości Bożej, w dialogu ze wszystkimi. 

Czy serce jest mocniejsze niż rany?

 
  Wiele bólu i lęku widziałem w ostatnich dniach. W chorych na nowotwór, w więźniu który dotyka rozpaczy, w osobach przychodzących do modlitwy wstawienniczej po niedzielnej Eucharystii sprawowanej w intencji o uzdrowienie duszy i ciała…. Jednocześnie czytam książkę Rolheisera zatytułowaną „Our heart is stronger than our wounds” (Nasze serce jest mocniejsze niż nasze rany).
  Są tacy, którzy doświadczyli zwycięstwa nadziei jak np ks. Henry Nouwen, od którego pochodzi stwierdzenie o sercu silniejszym od ran. Nouwen przeszedł „przez swoje piekło” i ocalał mimo głębokiej depresji. Są jednak tacy, którzy nie mają nadziei jak np Fantine z „Nędzników”. Jest samotną matką porzuconą przez ukochanego mężczyznę, co powoduje, że ma i pielęgnuje złamane serce. Walczy o zapewnienie córce podstawowych potrzeb życiowych, zmaga się z pracą i trudnymi warunkami, które rujnują jej zdrowie i z przemocą oraz wykorzystaniem seksualnym ze strony szefa, co kończy się jej niesprawiedliwym zwolnieniem. Jej zdrowie się załamuje i w ostatnim pożegnaniu śpiewa pieśń pełną lamentu, która sugeruje, że nasze serca nie zawsze są mocniejsze od ran.
Kto ma rację – Nouwen czy Fantine? Oboje. Pisze R. Rolheiser: „Podejrzewam, że oboje, w zależności od okoliczności, stanu zdrowia i zasobów emocjonalnych. Stare przysłowie mówi: co cię nie zabije, to cię wzmocni! To prawda, o ile cię nie zabije”.
  Jest jeszcze trzeci element tego obrazu – moc łaski. Przekonałem się o tym w minionym tygodniu, gdy modliłem się z chorą na nowotwór i rozmawiając z nią o śmierci, czy też gdy modliłem się z więźniem mającym wielkie poczucie niesprawiedliwości i z tymi, którzy w niedzielę wieczorem potrzebowali modlitwy wstawienniczej. Przekonałem się przeżywając w ostatnich latach swoje rany i odkrywając w tym bliskość osób, które mnie wsparły, poprowadziły m.in na drogę psychoterapii oraz odkrywając osobiście moc Słowa Bożego i modlitwy. R. Rolheiser tak o tym pisze: „kiedykolwiek zmowa gorzkich okoliczności i psychicznej kruchości kogoś złamie, kiedy serce człowieka nie jest już silniejsze od jego ran, możemy szukać schronienia w głębszej prawdzie i pocieszeniu, a mianowicie w sile, która leży w sercu Boga: Boża łaska, zrozumienie i miłość są mocniejsze niż nasze rany, nasze załamania, nasze porażki i rozpacz. To, co odróżnia wiarę chrześcijańską od większości innych religii to fakt, że chrześcijaństwo jest religią łaski, a nie jedynie własnego wysiłku, choć i on jest ważny. Jako chrześcijanie nie musimy sami się zbawiać, nie musimy sami naprawiać swojego życia. W rzeczywistości nikt tego nigdy nie robi. Jak jasno mówi św. Paweł w swoim pożegnalnym przemówieniu,  w Liście do Rzymian 1-8: nikt z nas nigdy nie naprawia swojego życia o własnych siłach. To samo dotyczy przezwyciężania naszych ran. Wszyscy jesteśmy słabi i czasami się załamujemy. Jednakże, i to jest ten moment, gdy burze życia nas przytłaczają, gdy szukamy siły by stawić im czoła, to po to, by odkryć że burza jest silniejsza od nas, a my musimy sięgnąć jeszcze głębiej i tam właśnie odkryjemy, że serce Boga jest mocniejsze niż nasze złamanie i rany”.

Błogosławić przestrzeń między nami

 
    Wpierw się oddziel, potem się połącz. Wpierw indywidualizuj, potem pogłębiaj relacje. Jest to jeden z fundamentów duchowości biblijnej. To lekcja, którą Bóg daje Abrahamowi: jest wybrany, by być ojcem, a to znaczy by być blisko, ale tak by nie mieć drugiego na własność.
  W Abrahamie Bóg pokazuje swoje ojcostwo. Właściwie Abraham uczy się ojcostwa od Boga, który jest blisko, ale nie przekracza pewnej granicy za którą jest już manipulacja, przywłaszczanie lub nawet przemoc. Rabin Menahem Mendel z Kocka mówił: „Jeśli jestem sobą, to dlatego że ja jestem ja, a ty jesteś ty. Jeśli jednak ja jestem ja, ponieważ ty jesteś ty i ty jesteś ty, ponieważ ja jestem ja, wtedy ja nie jestem ja i ty nie jesteś ty”. To przestrzeń którą tworzymy, pozwala miłości być podobną do światła słońca wobec kwiata. Rolą miłości ludzkiej i boskiej, jest „błogosławić przestrzeń miedzy nami” (John O’Dinohue, irlandzki poeta).
 
     PS. Ciekawym obrazem dla powyższej myśli jest Holy Island. Miejsce na północym-wschodzie Anglii, które zmienia się z wyspy na półwysep pod wpływem przypływów i odpływów Morza Północnego. Święty Aiden wybrał to miejsce do życia, bo pozwalało mu zachować bliskość i dystans.
 

Czy ktoś mnie widzi?

 
    Niedawno ktoś mnie zapytał: „czy Bóg mnie widzi? Czy obchodzi go moje cierpienie ?”. Moment pojawienia się takich pytań to niezwykle ważna chwila w życiu człowieka.
    W 2017 r. wydana została ciekawa powieść angielskiego pisarza Neil’a Griffiths’a zatytułowana „As a God might be”. Opowiada ona historię człowieka, który stał się profesjonalistą i jako atrocjolog doradzał rządowi w sprawie prawdopodobnych zachowań mas w obliczu katastrofy. Wszedł również w zawiązek z kobietą i urodziły się im bliźniaki. Interesował się muzyką Bacha i czytał Dostojewskiego. Nigdy natomiast nie interesował się religią. Widział, rozsądzał i działał…i nagle spotyka się wizją Boga. Już nie tylko był kimś, kto widzi, rozsądza i działa, ale jest widzianym, jest sądzonym i jak sam mówi: „zostałem znaleziony”.
    Świat wiary i religii może być, choć niestety nie zawsze tak jest, miejscem szczęśliwego bycia widzianym, znalezionym, sądzonym. John Newton, autor słynnego hymnu: „Amazing Grace” napisał w swym dziele, że został znaleziony przez Boga. Podobno przeżył cud ocalenia w czasie potężnej burzy na morzu. W wyniku tego doświadczenia zmieniło się w nim wiele. Historia mówi, że m.in. porzucił handel niewolnikami i stanął w ich obronie.

Anioł Stróż – mój wierny druh

     Szukam inspiracji na dzień z Aniołem Stróżem i znalazłem dwie. Może ktoś podpowie jeszcze inne ?
* Pierwsza. Lubię piosenkę Starego Dobrego Małżeństwa „Anioł Stróż”, tak ładnie jest tam on określony – „mój wierny druh”.
* Druga. Dzisiaj Litrugia pokazuje na ludzi, którzy mają misję podobną do Anioła Stróża. Opiekują się tymi, którzy są mali. Nie tylko w sensie wieku, ale dlatego, że sami sobie nie radzą lub jakoś nie domagają. Być Aniołem Stróżem – pisze o. Gargano – wobec takich osób znaczy: ” aby nie zapominać o dobroci i miłosierdziu Ojca, gdy spotykamy ludzi słabych pod jakimkolwiek względem, i nie gorszyć ich nadmierną surowością, zapominając, że także nimi interesuje się Ojciec” .
 

Przeczuwając nieskończoność życia, żyjemy dzisiaj

 
     Odwiedził nas Buka Band Warszawa. To grupa przyjaciół, którzy śpiewają i grają zazwyczaj w warszawskim hospicjum sióstr felicjanek. Przyjechali do Trójmiasta, by dołączyć do nas na sobotniej Zupie Chylońskiej. Zjedliśmy smaczną zupę fasolową, a potem było wspólne śpiewanie utworów Perfektu, Czesława Niemena, Stanisława Sojki, specjalnie z Gdynianami „Więc chodź pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko”…. Twardzi, doświadczeni przez życie faceci mieli łzy w oczach. Nasi zupowicze śpiewali z zaangażowaniem, czasami po kilka zwrotek, inni słuchali w ciszy.
    To było piękne spotkanie. Trochę w stylu św. brata Alberta, który jednemu ze swoich współbraci kazał nauczyć się grać na skrzypcach, bo był przekonany, że oprócz chleba ludzie potrzebują…kultury.
   Dotknęły mnie słowa hymnu Buka Band z Warszawy. Jest w nim o przeczuwaniu nieskończoności i życiu tym, co zwie się „teraz”. Takie to mi bliskie, gdy jem zupę z ubogimi i wiem, że chodzi o teraz, o to spotkanie, a gdy czytamy Ewangelię i modlimy się na Zupie, zwłaszcza za zmarłych „zupowiczów”, jest w tym również przeczuwanie „nieskończoności”.
 
 

„Pójdźcie i wy do mojej winnicy”, czyli świeccy w parafii

 
     Było to w 1988 roku. Byłem już od kilku miesięcy w seminarium duchownym i właśnie wtedy Jan Paweł II wydał adhortację o roli świeckich w Kościele „Christifideles laici”. Wykorzystał w niej fragment z dzisiejszej Ewangelii jako zaproszenie skierowane do ludzi świeckich , by aktywnie działali i współtworzyli Kościół – Winnicę. Papież chciał oczywiście, by usłyszeli to również duchowni.
   Wielu trzeba było lat, by moje klerykalne myślenie zostało przezwyciężone. Cieszę się, że mam już często tak, iż o ewangelizacji myślę „my”, o życiu parafialnym myślę „my”. Kiedy robimy projekt „Baranki”, kawiarenkę parafialną, Alpha, Rekolekcje dla muzyków, Stowarzyszenie Św. Mikołaja Biskupa, Klub Seniora, Zupę CHylońską, Postcresimę, kurs Nowe Życie, Mszę Świętą w intencji o uproszenie zdrowia, planujemy pracę biura parafialnego czy zakrystii, organizujemy muzykę kościelną … to jest to tylko możliwe, gdy księża i świeccy myślą i działają w kategoriach „my”, „razem”.
     Oczywiście nadal jest dużo klerykalizmu we mnie i wokoło. Czasami wydaje się bardzo silną pokusa , że szybciej i skuteczniej jest, gdy zrobię to sam lub że, lepiej nie próbować nowego, bo przecież „nigdy tak nie było” lub że „przecież w innych parafiach tego nie ma”.
 

„Asystentka dentystyczna” – jedna z historii, które bardzo lubię

 
     R. Rolheiser opowiedział o zdarzeniu, które miało miejsce w gabinecie stomatologicznym: „Pewna asystentka dentystyczna wie, że jestem księdzem katolickim i lubi zadawać mi pytania o religię i Kościół. Pewnego dnia opowiedziała mi taką oto  historię: jej rodzice, o ile wiedziała, nigdy nie chodzili do kościoła. W kwestii wiary ich córki byli tolerancyjni, ale sami nie byli religijni. Ona sama zaczęła praktykować jako metodystka, głównie pod wpływem przyjaciół. Pewnego dnia, gdy zmarła jej matka i rozmawiali o planach pogrzebu, ojciec wyjawił, że matka została ochrzczona w Kościele Rzymskokatolickim, choć nie praktykowała od czasów gimnazjum. Zasugerował, żeby spróbowali zorganizować jej pogrzeb rzymskokatolicki. Biorąc pod uwagę wszystkie te lata nieobecności, z pewnym niepokojem zwrócili się do księdza z pobliskiej parafii z pytaniem, czy mogliby zorganizować jej pogrzeb rzymskokatolicki. Ku ich zaskoczeniu, odpowiedź księdza była bez wahania, ciepła i serdeczna: <<Oczywiście, że możemy! To będzie zaszczyt! Zorganizuję chór i stypę w sali parafialnej>>.
    Nie żądano żadnej ceny za dożywotnią nieobecność jej matki w kościele. Została pochowana z pełnymi obrzędami kościelnymi… a jej ojciec, cóż, był tak poruszony tym wszystkim, hojnością Kościoła i pięknem Liturgii, że postanowił zostać katolikiem.
    Można się zastanawiać, jaki byłby skutek, gdyby ksiądz odmówił pogrzebu, pytając, jak mogliby uzasadnić pogrzeb kościelny, skoro przez te wszystkie lata nie interesowali się Kościołem. Można się też zastanawiać, jak wiele osób uważa tę historię za pocieszającą, a nie za niepokojącą, biorąc pod uwagę silny etos kościelny, w którym wielu z nas żywi lęk, że zbyt tanio rozdajemy łaskę i miłosierdzie. Ale łaska i miłosierdzie nigdy nie są rozdawane tanio, bo na miłość nigdy nie trzeba zasługiwać”.
« Starsze posty