Kategoria: Po drodze – blog ks. J. Sochy (Strona 1 z 39)
Chciałbym zapamiętać to, co dzieje się „po drodze” w moim życiu, a przez zapisywanie i dzielenie się ową pamięcią z innymi, pragnę stać się świadkiem Tego, który jest ze mną na drodze życia. Owego „po drodze” nie rozumiem jako określenia wskazującego na przygodność, czy też przypadkowość, ale raczej rozumiem je jako przestrzeń, czy też scenę dla wydarzeń.
- Pielgrzymka Zupy Chylońskiej
- Kaplica adoracji w Gietrzwałdzie
- Pielgrzymka Zupy CHylońskiej
- Pilgrzymka Zupy Chylońskiej – obiad
Byłem dzisiaj na meczu Arki. Sama rywalizacja z Górnikiem Zabrze nie zasłużyła na to, by ją opisywać. Słaby, bezbramkowy remis. Natchnęło mnie podczas podróży ze stadionu do domu. Jechałem SMK-ą z grupą kibiców, głównie młodych, którzy śpiewali i krzyczeli o swojej potrzebie przynależności do „ukochanej Arki”. Pomyślałem, że ludzie bardzo potrzebują przynależności, że potrafią nawet dużo dla niej zrobić, ale ta związana z kibicowaniem jest „naskórkowa”. Ona jest jednostronna. Żaden z zawodników, czy też działaczy klubowych nie śpiewa o kibicach. Nie zajmuje się nimi, nie pyta o ich zdrowie. Nie chodzi na ich pogrzeby. Nikt nawet od nich tego nie wymaga. Jednostronność przynależności kibica powoduje, że kibicowanie jest odpowiedzią na potrzebę bawienia się i odpoczynku, ale nie wypełnia potrzeby przynależności i wspólnoty . Czytaj dalej…
Siedzę obok dwóch Geordies ( czyli mieszkańców rejonu Newcastle) i jeden z nich mówi: „od jakiegoś czasu nie przychodzę tutaj, by się zrelaksować”. Jest 80 minuta, Newcastle wygrywa z Brighton 2:1, a on mówi: „ te 10 minut będzie bolesne”. Ostatecznie wygrywamy 3:1. Harvey Barnes strzela w doliczonym czasie. Ulga.
Naprzeciwko mnie, na sąsiedniej trybunie, widzę młodego mężczyznę z upośledzeniem, chyba przyszedł ze swoim ojcem. On cieszy się całym sobą, nie ma w nim kalkulacji. Piękna radość, bez cienia. Też bym tak chciał.


W katedrze oliwskiej był zawsze odkąd sięgam pamięcią – ks. Leon Kossak-Główczewski. Pierwsza spowiedź u niego w tzw. „szafie”, czyli w zamykanym konfesjonale w ambicie katedralnym, Pierwsza Komunia Święta z jego rąk, przyjęcie do grona ministrantów przez niego. Niektórzy mówili, że idą do niego do spowiedzi, gdyż słabiej słyszał, ale to nie był mój powód. Chodziłem do tego właśnie spowiednika ze względu na jego łagodność i dobroć. Gdy byłem seminarzystą, on miał grubo po osiemdziesiątce (urodził się w 1902 r. ). Często służyłem mu do Mszy, którą odprawiał o 8:30, a potem zabierał mnie na śniadanie. Czasami jeździliśmy na spacer do Sopotu i na zakupy. Był na mojej prymicji, miał wtedy 92 lata. Na obiedzie „poprymicyjnym” zaśpiewał mi „sto lat”. Była to nieznana, staropolska melodia, czym wszystkich wzruszył. Zmarł mając 96 lat.
Nosił w sobie bolesną tajemnicę. Był w obozie Dachau. Nigdy mi o tym nie opowiadał. Dzisiaj, 29 kwietnia jest dzień pamięci o umęczonych i uwięzionych duchownych podczas II Wojny Światowej, dzień wspomnienia wyzwolenia obozu Dachau przez żołnierzy amerykańskich . Przez to miejsce kaźni przeszło m.in. 2794 duchownych, w tym 1773 księży z Polski.
Przeglądając pamiątki z historii parafii św. Mikołaja w Gdyni Chyloni, ze zdziwieniem zobaczyłem ks. Leona na jednym ze zdjęć. To był pogrzeb ks. Wojciecha Zielińskiego, również „dachaowca”, byłego proboszcza chylońskiego.

Pewna mała dziewczynka z naszej parafii tak się modli: W imię Ojca i Syna i …Św. Mikołaja. Amen 🙂
Jeden z astronautów niedawno przebywających w kosmosie stwierdził, że Ziemia wygląda jak statek kosmiczny i jak wyjątkowa oaza. Te określenia są poruszające zwłaszcza, gdy uświadomimy sobie jak długi proces był potrzebny, by powstały warunki możliwe do życia. Naukowcy twierdzą, że historia świata rozpoczęła się około 13.8 miliarda lat temu. Dla uchwycenia perspektywy rozwoju możemy posłużyć się skalą dobową, przyjmując, że wielki wybuch lub wielkie wybuchy przypadają na minutę po północy, teraz zaś mamy koniec dnia – minutę przed następną północą. Na tej skali każda godzina to 600 milionów lat. Na owej skali dobowej planeta Ziemia zaczyna się kształtować o godzinie 16:17, życie zaś rozwija się od godziny 17:08. W tym porządku ludzkość pojawia się na Ziemi pod sam koniec, nie wcześniej niż o godzinie 23:59.
Niektórzy twierdzą, że życie pojawiło się przypadkowo, właśnie dlatego, że tak długo wszystko to trwało. Przypadek czy losowość zdaniem wielu to najlepsze wytłumaczenie pochodzenia życia, Ziemi i wszechświata. Interpretacji tej przyświeca myśl, że jeśli próbuje się wystarczająco długo, to w końcu wygra się los na loterii. Na pewno losowość odgrywa jakąś rolę w ewolucji wszechświata. Jednakże ze względu na ogromne skalę czasu, sama losowość nie wystarczyłaby do uczynienia Ziemi naszą oazą. Musiało być coś więcej, Ktoś kto dał początek w ogóle byciu. „Być albo nie być, oto jest pytanie”. Gdy Biblia mówi, że „Na początku Bóg stworzył…”, to właśnie chodzi o to, że dzięki Niemu w ogóle coś jest, i to że rzeczywistość jest, stało się podstawą tych początków o których mówią naukowcy. Naukowcy badają co się działo w poszczególnych godzinach istnienia świata, a teologia wraz Biblią mówią nam, że jest Ktoś dzięki komu jest ów „Zegar”.
(Powyższe myśli oparłem na lekturze , którą serdecznie polecam: Gerrard M. Verschuuren, Na początku. Stworzenie świata czy wielki wybuch, Poznań 2026)

W Wielkim Tygodniu zmarło małżeństwo: Teresa i Marek. Oboje chorowali nowotworowo.
Ona była społecznikiem, pracownikiem medycznym, człowiekiem wielkiej wiary i miłości. W naszej parafii prowadziła przez kilka lat jedną z grup wsparcia według jej autorskiego pomysłu. Pracowała w wielu miejscach w Gdyni, ale pod koniec życia „zakotwiczyła” w gdyńskim hospicjum. Miała niezwykły dar czułego towarzyszenia umierającym.
Tuż przed jej hospitalizacją, Marek został umieszczony w szpitalu, a potem w hospicjum. Jego stan był ciężki. Ona będąc sama chorą zadbała, aby mąż przyjął sakramenty i ofiarowała go Bogu. W ostatnim ich spotkaniu pobłogosławiła go znakiem krzyża, a on odpowiedział: „przepraszam i dziękuję”.
Jak wyznała przyjaciółka Teresy: „Bóg wezwał Tereskę do siebie, do krainy gdzie tyle bliskich jej osób zapewne na nią czekało. On też zabrał Marka, aby mu ulżyć w cierpieniu”.
Teresa, zanim zachorowała miała sen. Przyśnił się jej Jezus, który powiedział, że już za niedługo dostanie przepiękne mieszkanie. Opowiadała ze szczegółami jakie będzie duże i śliczne. Mówiła: „ja wierzę, że się to spełni, choć nie wiem jak? Ale Pan Jezus doskonale zna moja sytuację mieszkaniową”.
Dzisiaj w gdyńskim „Mikołaju” kościół był wypełniony rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. Jak „Boży magnes” przyciągnęła nas „Święta Tereska z hotelowca”. Ona zapewne jest już w Domu Ojca i w swoim nowym pałacu, do którego Jezus wciągnął też Marka, bo nie mógł odmówić prośbie takiej żony. Alleluja !











