Solidarność to słowo, które pojawiło się w moim życiu w sierpniu 1980 roku, gdy miałem 11 lat. Urodziłem się i mieszkałem w Gdańsku, kolebce „Solidarności”. Wykrzykiwałem to słowo na demonstracjach podczas stanu wojennego, czytałem je w książkach i czasopismach nielegalnie wydawanych. Pamiętam jak byłem dumny, gdy po raz pierwszy szedłem w pieszej pielgrzymce z Gdańska na Janą Górą i ludzie postrzegali nas, pielgrzymów z Trójmiasta jako ludzi „Solidarności”. Często mieli łzy w oczach widząc nasze „solidarnościowe” czapki pielgrzymkowe i palce ułożone w literę V podczas pozdrowienia. Niezwykły był też moment, gdy będąc w 8 klasie poszedłem na mecz Lechia Gdańsk – Juventus Turyn. Było to we wrześniu 1983 r. W pewnym momencie, w wielkim tłumie kibiców, pojawił się Lech Wałęsa, wstał i wtedy cały stadion zaczął skandować: solidarność. Podobnie było podczas wizyty Jana Pawła II na Zaspie w 1987 r. Potem, w czerwcu 1989 roku , było moje pierwsze głosowanie na ludzi „Solidarności”. Byłem już w seminarium.
Wróciłem do tematu solidarności i „Solidarności” podczas studiów. Mój promotor zapytał: ksiądz jest z Gdańska prawda? Może napisałby ksiądz doktorat o „Solidarności”? I tak się stało.
      Dzisiaj wróciłem do tego tematu przez książkę Romana Williamsa „Solidarity”. Dwie rzeczy spostrzegłem w tej książce:
* żyjemy w czasach, gdy łatwo jest pokazać solidarność z drugim, zwłaszcza ubogim i odrzuconym np. poprzez wpis na Facebooku czy przelew pieniężny, dużo trudniej jest wejść w postawę solidarności, zaangażowanie, pomoc, bycie razem.
* wątkiem polskim w tej książce jest rozdział: „Solidarność bez wrogów: Józef Tischner i rozmowa o ludzkiej pracy”. Jakie to trudne dzisiaj, by nie zgodzić się na świat, w którym ciągłym zajęciem jest szukanie wrogów.