Gdynia Chylonia ul. św. Mikołaja 1, tel. 58 663 44 14

Autor: Ks. Jacek Socha (Strona 26 z 35)

Ojcowie Kościoła

„Do Jezusa grzech jest więzieniem. Ale od Jezusa grzech stał się drogą” (Św. Grzegorz Wielki)

To zdanie padło wczoraj podczas spotkania formacyjnego Wspólnoty SNE Magnificat, w ten sposób rozpoczęliśmy cykl wakacyjnej formacji, której leitmotivem będą Ojcowie Kościoła. Piękna i bogata jest tradycja Kościoła.

„Wszystko będzie dobrze”, czyli jak uciszyć żywioły w nas i poza nami

Pewien kapelan młodzieży akademickiej z Leuven zauważył, iż współcześni młodzi z którymi się spotyka,  są dynamiczni, aktywni i pełni życiowych energii,  ale brakuje im nadziei. Główną przyczyną tego braku jest, według owego duchownego, brak metanarracji w ich życiu. O co chodzi? Otóż owa metanarracja to wielki obraz do którego można przyłożyć swoje życie, tak jak mały kawałek puzzla do wielkiej układanki. Hans urs von Balthazsar, jeden z największych erudytów XX w., posługiwał się określeniem theo-drama i chodziło mu o ukazanie Boga jako tego, który pisze i reżyseruje dramat,  w który zaangażowany jest cały kosmos. Na wielkiej scenie, którą jest świat,  człowiek jest powołany do odkrycia swojej roli w boskim teatrze. Niestety współcześnie gubimy taką perspektywę. Nasza wizję określa „ego-drama”, w której człowiek jest reżyserem, scenarzystą i głównym aktorem.

            Co mówi nam theo-drama? Otóż prawda o tym, iż Jezus Chrystus zmartwychwstał, zwyciężył śmierć i zło,  i że ostatnie słowo należy do Niego niesie nadzieję, iż moje życie ma sens. Mogę  mieć udział w zwycięstwie Jezusa i w realizacji Bożego planu dla świata. Julianna z Norwich, angielska mistyczka średniowieczna, pisała, iż „ wszystko będzie dobrze” (“All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well.”).  Ciekawym obrazem tej prawdy jest sytuacja,  która zdarzyła się kiedyś w RPA. Było to jeszcze za czasów apartheidu, gdy bp Desmond Tutu sprawował niedzielną liturgię podczas której,  weszli do świątyni uzbrojeni żołnierze z karabinami wycelowanymi w jego kierunku. Biskup uśmiechnął się do nich i powiedział: „cieszę się, że tu jesteście, zapraszam was do naszej radości  z powodu  zwycięstwa”. Ów bohaterski duchowny, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, powiedział to bez względu na to, czy napastnicy zaczną strzelać, czy też przyłączą się do modlitwy. On nie wiedział, co się za chwile stanie. Miał jednak pewność wiary co do tego, iż zwycięstwo już się dokonało.

            Świętowanie zmartwychwstania to wkraczanie w metanarrację o zwycięstwie Jezusa Chrystusa,  w którym każdy może mieć udział. Nasza nadzieja nie opiera się na wiadomościach, które przeczytamy na pierwszych stronach gazet, ale  na Ewangelii, która głosi, iż zwycięstwo już się dokonało w Jezusie Chrystusie.

Kiedyś zapytano Teilhard’a de Chardin, wielkiego myśliciela francuskiego (zm. 1955 r.)  o to jak się ma wiara w zwycięstwo Boga w historii świata do ewentualności wybuchu bomby nuklearnej? Teilhard odpowiedział spokojnie: „najwyżej cofniemy się o 2 mln lat”. Możemy się cofnąć, ale zwycięstwo Boga  i tak się kiedyś dopełni.

Kościelne frazesy do wyrzucenia

Jestem świeżo po lekturze wyjątkowej książki zatytułowanej: „Na początku był Chrystus”. Jest to zapis  rozmowy trzech polskich biskupów: Marcina Hinza (luteranina), Jerzego Pańkowskiego (prawosławnego) i Grzegorza Rysia (katolika). Lektura niezwykle ważna i mądra. Biskupi podejmują różne tematy wychodząc od 1050 rocznicy Chrztu Polski. Jeśli jest jakaś lektura obowiązkowa na  świętowanie rocznicy Chrztu Mieszka,  to myślę, że ta książka może się nią stać. Poszerza bardzo horyzonty myślenia. Pozwala zrozumieć inna wrażliwość religijną.  „Na gorąco” podzielę się myślą, która potwierdziła moją starą intuicję, iż jest coś nie tak,  w tym ciągłym nauczaniu skierowanym do tłumów i wielkich zgromadzeń. Strasznie mnie drażniło i drażni  nauczanie „wszystkich i nikogo”. Kościelne  patetyczne  frazesy zawsze mnie „mdliły”, stąd zadrgał we mnie poniższy fragment :  Nadzieja dla chrześcijańskiej Polski dotyczy również tego, ze przestaniemy wreszcie jako Kościół operować pojęciami zbiorowymi, takimi jak chrześcijański naród, tradycja czy kultura. Ja tych pojęć nie kwestionuję, doceniam ich znaczenie, chce jedynie powiedzieć, że one mogą stać się rodzajem mantry, jakiegoś zaklęcia. Sformułowaniem, które ma nam dać poczucie bezpieczeństwa i stawać ludziom wymagania bez pokazania drogi prowadzącej do celu i motywów, dla których powinni ów cel realizować. Tymczasem Kościoły są tak naprawdę po to, żeby doprowadzić nas do Chrystusa. To On jest odpowiedzią na problemy świata.

      Moim zdaniem, losy polskiego Kościoła – polskich Kościołów – rozstrzygną się na poziomie przygotowania ludzi do sakramentów wtajemniczenia. Nie możemy zakładać, że wszyscy są już zewangelizowani, bo żyją w kraju chrześcijańskim. Nie! My mamy prowadzić ludzi co chrztu (i do odkrycia, czym jest przyjęty chrzest), do bierzmowania, a przede wszystkim do Eucharystii, która jest szczytem działania Kościoła i najważniejszym z sakramentów. Chodzi o relację z Jezusem; bez niej człowiek nie ma ani siły, ani motywów, żeby postępować tak, a nie inaczej.

       Treścią nauczania Kościoła ma być Jezus Chrystus. Natomiast forma powinna polegać na tym, żeby zwrócić się do osoby, a nie – jak dotąd – do zbiorowości.  To nasza polska skłonność, że kochamy zbiorowość, a w spotkaniu z pojedyńczym człowiekiem jesteśmy dość niedbali. Jeśli na przykład nie ma stu osób na zbiórce ministrantów, to „nie ma się kim zajmować”, a gdyby na tę zbiórkę miało przyjść jedynie dwóch chłopaków, to „szkoda czasu”. Otóż nie szkoda! Nie szkoda czasu na indywidualne spotkanie,  na przekaz wiary osobie przez osobę. Im więcej w Kościele takich postaw, tym więcej dlań nadziei. (bp G. Ryś, s. 227-228)

Znaczenie wystroju prezbiterium w kościele św. Mikołaja

Dekoracja malarska w prezbiterium kościoła pw. Św. Mikołaja w Gdyni, wykonana w latach 2000-2003.

                                            

        Monumentalne malowidło Adama Brinckena nie stanowi jedynie tła dla ulokowanej w centrum ściany ołtarzowej rzeźby Chrystusa Ukrzyżowanego dłuta Macieja Zychowicza. W zamierzeniu autorów malarstwo dopełnić ma znaczenie figuralnego przedstawienia. Inspiracje stanowił bowiem dla nich obraz przedstawiający Trójcę Świętą pędzla El Greco (1541-1614), namalowany w latach 1577-79 do ołtarza głównego w kościele Santo Domingo el Antiguo w Toledo (obecnie w Prado). Arcydzieło El Greca, zawierające temat Pietas Patris, ukazuje umęczonego Chrystusa w objęciach Ojca, który składa ofiarę z własnego Syna. Jest unaocznieniem soteriologicznych treści wiary. Brincken, aranżując malarską przestrzeń ściany ponad ołtarzem, czerpie z El Greca mocno przekształcając pierwowzór – brakuje tu postaci Boga Ojca, Gołębicy Ducha Świętego i wysmukłych sylwetek anielskich. Z oryginału rozpoznajemy echa konturów i linii triagonalnej kompozycji mistrza z Toledo i nade wszystko charakterystyczną dla niego ekspresyjną kolorystykę, nad którą składa się gradacja subtelnych błękitów, fioletów, zieleni, aż po żółcienie i karminową czerwień.

Czytaj dalej…

Oddychanie Imieniem Boga

       Pewien rabin zwrócił uwagę na to, iż drugie przykazanie dekalogu stoi na straży pokory człowieka względem Boga. Prawda o nas pokazuje ludzką niezdolność do zrozumienia Boga, opanowania Go umysłem czy też słowem. Natomiast to co możemy, to oddychać imieniem Boga. Żydzi zapisali Boże imię czterema spółgłoskami JHWH. Łącząc te spółgłoski z odpowiednimi samogłoskami powstaje dźwięk, co do którego nie trzeba używać  języka i nie zamyka się ust. Pojawia się, gdy po prostu wdychamy i wydychamy powietrze. Oddychając z otwartymi ustami wypowiadamy imię Boga. Tak więc pierwsza i ostatnia rzecz jaką człowiek czyni, to wypowiadanie imienia Boga. Możemy to zresztą robić przez cały czas.

      Polecam kapitalną konferencję  franciszkanina,  o. Richarda Rohr na ten temat (zwłaszcza od 49 min.): 

Spory moralne. Jak się w nich odnaleźć?

      Spór o legalizację sztucznego zapłodnienia „in vitro” w Polsce, referendum na temat małżeństw jednopłciowych w Irlandii i rozpoczęcie debaty na temat legalizacji „asystowania przy samobójstwie”  w Wielkiej Brytanii,  to przykłady sporów na tematy moralne we współczesnej Europie.  Jak się w nich odnaleźć? Ciekawą myśl zaprezentował Clifford Longley, doświadczony redaktor, angielskiego tygodnika katolickiego „The Tablet”. Otóż zauważył on, iż zsekularyzowane społeczeństwo i politycy nie przyjmują i nie rozumieją argumentów prezentowanych przez katolików. Takie terminy jak: świętość życia, biblijna wizja małżeństwa, wartość cierpienia, życie jako dar są dla drugiej strony sporu czymś obcym. Longley przywołuje powiedzenie: „ Aby nauczyć Jimmiego matematyki musisz nie tylko znać matematykę, ale musisz poznać Jimmiego”. Podobnie, twierdzi redaktor „The Tablet”, „aby nauczyć moralności zsekularyzowane społeczeństwo,  trzeba podjąć poważnie te sprawy , którymi to społeczeństwo poważnie  się zajmuje”. Chodzi więc o to, by nie obrażać się na tych, którzy mają inne poglądy, ale by podjąć z nimi dialog w którym np. można wykazać konsekwencje wyborów moralnych.

       Longley, w rozpocznynającej się dyskusji na temat legalizacji  asystowanego samobójstwa w Anglii,  proponuje zauważenie i ukazanie skutków radykalnej zmiany ktora może się dokonać. Chodzi o to, że legalizacja doprowadzi do tego, iż cierpienie stanie się sprawą wyboru. Nasze współczucie wobec cierpiących opiera się na świadomości, iż cierpienia nie można „wyłączyć” przez akt woli. Ten fakt jest fundamentalny dla naszej natury i jest niemal częścią definicji określającej człowieka. Przy zmianie podejścia, poprzez legalizację asystowanego samobójstwa,  będziemy mogli cierpiącej osobie powiedzieć: oprócz tego, że możemy tobie towarzyszyć i pomagać Ci w cierpieniu,  jest jeszcze jedno wyjście i jest nim samobójstwo,  w którym możemy Ci pomóc, a które uwolni cię od cierpienia. Warto wnikliwie pytać o konsekwencje, które wypłyną z wprowadzanych zmian w kwestiach moralnych i ukazywać je w całym dramatyźmie.

Świąteczne zdumienia

Trzy świąteczne zdumienia
     Bardzo mnie zastanowiły niedawne słowa papieża Franciszka wyrażające jego refleksję nad Bożym Narodzeniem. Papież podkreślił, iż Narodzenie Pańskie wskazuje na „miejsca” zdumienia.
     Pierwszym [z tych miejsc] jest człowiek-bliźni, w którym możemy odnaleźć odciśniętą podobiznę Syna Bożego.
     Kolejnym obszarem gdzie, jeśli patrzymy z wiarą, możemy doświadczyć zadziwienia jest historia. Bóg Bożego Narodzenia jest Bogiem, który jak powiedział papież „miesza karty” i lubi to robić. Jednakże zdziwienie historią jest również w tym, iż możemy zobaczyć jak Bóg pisze prosto po krzywych liniach naszego życia i gdy zwyczajna historia staje się historią zbawienia.
     Trzecim miejscem naszego bożonarodzeniowego zadziwienia może być Kościół. To pewnie najtrudniejsze z papieskich zadziwień. Jeśli jednak spojrzymy na niego zdumieniem wiary, to pod warstwą instytucji odkryjemy w nim, jak pisze papież, Matkę. Franciszek ukazuje właśnie taki Kościół, który zdumiewa swoim miłosierdziem, prostotą i macierzyńskim wymiarem.
     Jezu daj na Ducha i prowadź „do miejsc” zdumienia.

Cisza, w której brzmi mocne Słowo

     Pewien człowiek podjął taką oto refleksję: gdyby nasza planeta miała spotkać się z jakąś pozaziemską cywilizacją, jakby to było pięknie i dobrze, gdybyśmy jako pierwszy sygnał wysłali muzykę Bacha. Ks. Tomasz Halik, w kontekście powyższej myśli, zadaje ciekawe pytanie: gdybyśmy się teraz dowiedzieli, ze nasze dzieje dobiegają już końca, to co lub kogo wybralibyśmy, aby w naszym imieniu wyszedł na spotkanie Sędziego świata?
    Bóg wybrał Maryję, nie po to by Ją wysłać ku jakimś pozaziemskim cywilizacjom i nie po to, by w naszym imieniu spotkała się z Sędzią , ale po to, by do nas przyjść. Pan znalazł Jej otwarte serce. Ona była i jest ciszą, w której brzmi mocne słowo Boże.

Spotkamy sie przy studni

     Listopad to czas wspominania tych, którzy odeszli. Niesamowite jest to wymienianie imion zmarłych. Wyczytałem w „wypominkach” chyba już tysiące imion i nazwisk, setki ludzi chowałem. Każde imię to konkretna historia i droga życia. Jednakże najmocniejsze wspomnienia związane są z tymi, których spotykałem.
    Jezus Chrystus daje nadzieję, że się znowu spotkamy. W Biblii symbolem spotkania jest studnia. Ufam, że przy „niebiańskiej studni” spotkam kiedyś O. Jerzego Świerkowskiego, który zmarł na początku tego roku. On jest już przy studni. Ja idę…

Wdzięczność czy łaska?

       Wezwanie do miłości nieprzyjaciół może wywołać w słuchaczu Ewangelii różne reakcje: złość, gniew, frustrację czy też bezradność. Dlaczego Jezus stawia tak wysoko poprzeczkę? Myślę, że kluczem do zrozumienia tekstu z Łk 6, 27-38 jest odkrycie tego, co znaczy powtarzający się refren: „jaka za to dla was wdzięczność?”. W greckim tekście, w miejscu słowa wdzięczność znajduje się słowo charis czyli łaska. Jakaż więc to łaska, gdy kocham tych którzy mnie lubią, gdy pożyczam tym, którzy mi zwrócą. Otóż w takich sytuacjach nie potrzebuję łaski. Mogę to zrobić o własnych siłach. Bankowcy nie potrzebują łaski, by pożyczyć tym, którzy im oddadzą. Jednakże jeśli kocham tych, którzy mnie nienawidzą, jeśli pożyczam tym którzy prawdopodobnie mi nie oddadzą, to wtedy działa we mnie łaska. Jezus mówi, iż właśnie wtedy jesteśmy Synami Najwyższego.

      Biskup Grzegorz Ryś został kiedyś zapytany przez młodego człowieka o to, co zrobiłby gdyby był wystawiony na próbę prześladowań. Przypomniał sobie wtedy tekst: „ A gdy was poprowadzą, żeby was wydać, nie martwcie się przedtem, co macie mówić; ale mówcie to, co wam w owej chwili będzie dane. Bo nie wy będziecie mówić, ale Duch Święty.” (Mt 13, 11). Gdybyśmy już dzisiaj wiedzieli jak powinniśmy się zachować w sytuacjach trudnych, to „jaka za to dla was wdzięczność”. Mieć udział w łasce, która daje życie i uzdalnia do życia, to jest właśnie bycie Synem Najwyższego.

« Starsze posty Nowsze posty »