Jakiś czas temu spotkałem na Kolędzie kobietę, której mąż zmarł z powodu  samobójstwa. Kiedy ktoś „w kolędowej” rozmowie ma odwagę powiedzieć tak trudną prawdę, to chętnie zatrzymuję się, by dłużej porozmawiać. Wpierw, by posłuchać, a gdy jest przestrzeń to również, by podzielić się jakąś myślą. Mam dużą wdzięczność względem Ronalda Rolheisera, iż nauczył mnie dobrej nowiny dla rodzin, które przeżywają żałobę po śmierci samobójczej bliskiej osoby. Jedna z myśli Rolheisera ”brzmi” w ten sposób: zbyt długo błędnie się tym martwiliśmy, obawiając się, że samobójstwo jest poważnym ludzkim i moralnym upadkiem, aktem rozpaczy, czy buntem przeciwko Bogu i to niewybaczalnym. Jednak w większości przypadków jest to choroba, której nie wybraliśmy z własnej woli. Podobnie jak rak, zawał serca czy wypadek, pozbawia kogoś życia wbrew jego świadomemu wyborowi. Z tego powodu należy zaprzestać używania zwrotu „popełnił samobójstwo”. Nikt nie „popełnia” raka ani zawału serca. Człowiek „ulega” mu. Tak było w przypadku wszystkich samobójców, których historię słyszałem, tak też było w historii, którą opowiedziano mi na tegorocznej Kolędzie.